Młodsze pokolenie

7 czerwiec, 2007 - autor: teh0okm

Dzisiaj Boże Ciało. Jestem już po mszy św., po procesji. Pogoda dopisała. Słoneczko widnieje na niebie, emanując milutkim ciepłem, wieje lekki wiaterek, trawa, kwiatki sobie rosną, ludzie ubierają się coraz skąpiej, popijam sobie zimną wodę, wyjętą prosto z lodówki. Wiosna pełną parą. Wszyscy powinniśmy się cieszyć! [Tylko wstrętne, bzyczące, grube owady psują ten wspaniały wiosenny raj. (wczoraj, tak z ciekawości, liczyłem liczbę moich owadzich fragów przez około półtorej godziny; wyszło 26)].

Ja także jestem z tego powodu szczęśliwy. Szczególnie, że praktycznie zaczęły się wakacje. Wolne (2 miesiące! Mrrr), koniec szkoły (wreszcie!) i te sprawy. No i super. Ale, ale, nie ma tak pięknie. Małe dzieci (w dziecięcych wózkach) zaczęły opuszczać swoje domowe zacisza i wylegać na ulice z rozchichotanymi matkami i ich przyjaciółkami (i zabawkami), co z łatwością może spowodować u mnie rozstrój nerwowy. Nie wiem czemu, ale ja jakoś tak nie lubię młodszych. Kiedy mówię o tym Mamie, ciągle powtarza mi: Synu, ty też taki kiedyś byłeś!, po czym rozlega się ironiczny śmiech. Tak, wiem, też taki byłem. Ale człowiek z wiekiem dorasta. Teraz na przykład bardzo żałuję mojego ówczesnego zachowania. Chciałbym w tym momencie przeprosić wszystkich ludzi, którzy poczuli gniew, zacisnęli pięści, zgrzytali zębami, tupali nerwowo stopami, stojąc/siedząc obok mnie, podczas gdy ja rozbijałem się w moim malutkim, dziecięcym wózeczku, turlając się w jego wnętrzu i drąc paszczę wniebogłosy.

No dobra, ale nie o mnie ma być mowa w tej notce. Jako człowiek wierzący w każde święto, w każdą niedzielę udaję się na mszę świętą do kościoła. Składam pięknie ręce do modlitwy, prostuję zgarbioną postawę, śpiewam pieśni kościelne, słucham (a przynajmniej staram się słuchać) kazań, Ewangelii. Tak było i dzisiaj. (Nie)stety musiałem stanąć na zewnątrz budynku, bo wewnątrz brakowało miejsca. No to zająłem pozycję koło poręczy przy schodach prowadzących do wejścia. Zaczyna się. Koło mnie… tak, właśnie to, co myślicie. Koło mnie stoi matka ze swoją przyjaciółką (siostrą? koleżanką? kuzynką? whatever), z córką (w moim wieku; nawet ładna) i małym dzieckiem w wózku. Crap, pomyślałem. Znowu znalazłem się w złym miejscu o złym czasie. Szukam kawałka drewna, żeby odpukać niepokojące mnie myśli. Nie znalazłem. Drży mi lewa ręka. Znienacka rozlega się hałas (łeeeeeeeee! x100). Zgrzytnąłem zębami. (Mama! Mama!) I tutaj brzdęk upadającego na ziemię resoraka i chichot jego mamy. Ksiądz czyta Ewangelię. Próbuję słuchać. Ale ten, za przeproszeniem, bachor tak drze japę (przy okazji upuszczając resoraki), że wyrywam zaledwie strzępki zdań. No i jak tu można być religijnym, kiedy tak mały jeszcze człowiek może uczynić mnie prawdziwym męczennikiem?
Po kilkunastu minutach uspokoił się. Minuta względnego spokoju. Myślę sobie: No, może już będzie można normalnie uczestniczyć we mszy. Ale gdzież tam. Kiedy ten mały blondas był cicho, zaczęły ryczeć dzieci z innych części kościoła. I to tak, że skutecznie zagłuszały słowa wygłaszane przez kapłana (który przecież mówił do mikrofonu, a głośnik nie znajdował się znowu tak daleko ode mnie). Zacisnąłem pięści, ale musiałem dotrwać do końca. Dobrze, że przynajmniej podczas procesji był taki harmider, że już nie byłem w stanie słyszeć ich płaczu/chichrania. Aff.

Ja nie wiem, czy mam mieć nadzieję, że przyrost naturalny stanie się na tyle niski, że nie będzie już na ulicach widać małych bachorów. Nie wiem. Polubić ich jakoś nie potrafię, chyba że po prostu się nie staram. Może jestem jakiś dziwny, może zbyt ostro je traktuję. Może to są w końcu tylko dzieci.

Nieznajomości (part one)

6 czerwiec, 2007 - autor: bambuko

Założenie bloga w tak niezwykłych okolicznościach sprawiło, że wpadła mi do głowy dziwna myśl. Chyba nawet wcześniej kryła się w którejś z szarych komórek, ale tych szarych szarością dnia powszedniego, których normalnie nie zauważamy. Kiedyś jednak ten dzień musiał nadejść. Dlatego piszę to właśnie teraz, bo jutro święto. Może nawet bym zapomniał. A dalej już będzie na temat.

Internet utworzył w moim życiu (a także w wielu innych) nową grupę ludzi – nieznajomych. Nieznajomi to inni internauci, których nie poznajemy spędzając czas w sieci. Nowych nieznajomych można sobie przyswoić na różne sposoby. Najprostszym jest zupełnie niepochwalane przeze mnie szukanie ludzi w katalogu Gadu-Gadu. Po co to komu? Pisze nagle do mnie nieznajomy, które chcąc nie chcąc, muszę nie poznać. Oczywiście mógłbym nie wypełnić danych i znalezienie mnie byłoby niemożliwe, ale co to za frajda, skoro mieć dane Michała Anioła i śmiać się, kiedy nieznajomi piszą do mnie po włosku przynajmniej raz w tygodni. Przyznam się, że nie poznałem w ten sposób paru osób, z którymi utrzymuję nieznajomość, ale zawsze byłem stroną bierną. Wolę jednak zawierać nieznajomości, kiedy mam ku temu jakikolwiek powód. Ponad dwa lata temu tworzyłem komiks internetowy. Bardzo krótki czas jego istnienia pozwolił mi nie poznać innego początkującego twórce komiksowego, który zresztą równie szybko skończył. Ale on przynajmniej potrafił rysować. Połączyła nas więc wspólna pasja. Nie poznałem wielu innych nieznajomych w podobnych, bądź zupełnie różnych od tej sytuacjach. Ludzie, z którymi rozmawiam, których mogę lubić bądź nie, z którymi dzielę się pomysłami i wszczynam różne inicjatywy, ludzie, którzy mogliby być moimi znajomymi, gdyby nie to, że ich nie znam. Internet jest dla ludzkości wciąż niezrozumiały, więc będę poruszać temat nieznajomości również w przyszłości.

Cześć.

6 czerwiec, 2007 - autor: teh0okm

Dziwna chęć mnie naszła na tę notkę. Muzyka włączona (Shakin’ Dudi – Au sza la la la, sprawdźcie to przy okazji, niezłe), rękawy bluzy podwinięte, blizna na lewej dłoni, zmęczone oczy, lekko zaokrąglony brzuszek, ciut mocniej bijące serce, język sparzony gorącą herbatą już od kilku godzin, samoczynnie podrygująca noga, pociągający co jakiś czas nos (przeklęta choroba), dłonie stukające rytmicznie w klawiaturę, wypisując tekst, który własnie widzicie, od czasu do czasu robiąc sobie przerwę i pocierając brodę. (Teraz leci Caramell – Caramelldansen.) Swoją drogą, dziwna to sprawa z tą nogą. Podryguje bez przerwy. Starałem się owo zjawisko opanować. Ale to już tak weszło w rytm mojego życia, że kiedy tylko siądę na krześle/czymkolwiek, zaczynam nią poruszać, przeważnie zupełnie bez świadomości. Kiedy o tym pomyślę, zaczyna mnie to irytować. Ale co poradzić? To jak tykanie wskazówki sekundowej w zegarze. Jeśli ma noga nie podryguje, jeśli choć na chwilę zatrzymam ten skrzętnie pracujący mechanizm, okropnie cierpnę pod kolanem. Niekiedy odnoszę wrażenie, że choćby się waliło i paliło, mięśnie pracowałyby dalej. Czegokolwiek nie robię, to się dzieje. Ciągle się powtarza. Dotychczas aż tak o tym nie myślałem, ale zgarbiony, oparty łokciami na biurku przy monitorze, koło połyskującej lampki, totalnie znudzony, zostałem przygnieciony tą refleksją. Dobrze, że właśnie powstał ten blogasek, mogłem wylać tu swoje żale, to całkiem miłe uczucie.

Druga rata

6 czerwiec, 2007 - autor: bambuko

Nie spodziewałem się, że kolejna notka przytrafi się tak prędko, na szczęście jednak będzie krótka. Do ekipy dołącza nowy kolega, Tomek, i naturalnie wywołuje to ogólną radość.

Witaj, świecie!

6 czerwiec, 2007 - autor: bambuko

Założyłem tego bloga, ale na razie nie znam powodów i celów. Raczej nie wpłynął na to fakt, że w słuchawkach mam 5G, a za moimi plecami brat rozmawia z kolegą, chyba nawet o rowerach. Z wiadomości ogólnych powiem, że bloga będę prowadził razem z nieznajomym z Krakowa, zdaję się z Piotrem, o czym nie chciał wiedzieć Łukasz (ja natomiast jestem Adam). Skoro nie wiem jeszcze o czym, to nie będę się rozpisywał. Zapraszam jedynie do odwiedzania – może kiedyś będzie ciekawie.