Dzisiaj Boże Ciało. Jestem już po mszy św., po procesji. Pogoda dopisała. Słoneczko widnieje na niebie, emanując milutkim ciepłem, wieje lekki wiaterek, trawa, kwiatki sobie rosną, ludzie ubierają się coraz skąpiej, popijam sobie zimną wodę, wyjętą prosto z lodówki. Wiosna pełną parą. Wszyscy powinniśmy się cieszyć! [Tylko wstrętne, bzyczące, grube owady psują ten wspaniały wiosenny raj. (wczoraj, tak z ciekawości, liczyłem liczbę moich owadzich fragów przez około półtorej godziny; wyszło 26)].
Ja także jestem z tego powodu szczęśliwy. Szczególnie, że praktycznie zaczęły się wakacje. Wolne (2 miesiące! Mrrr), koniec szkoły (wreszcie!) i te sprawy. No i super. Ale, ale, nie ma tak pięknie. Małe dzieci (w dziecięcych wózkach) zaczęły opuszczać swoje domowe zacisza i wylegać na ulice z rozchichotanymi matkami i ich przyjaciółkami (i zabawkami), co z łatwością może spowodować u mnie rozstrój nerwowy. Nie wiem czemu, ale ja jakoś tak nie lubię młodszych. Kiedy mówię o tym Mamie, ciągle powtarza mi: Synu, ty też taki kiedyś byłeś!, po czym rozlega się ironiczny śmiech. Tak, wiem, też taki byłem. Ale człowiek z wiekiem dorasta. Teraz na przykład bardzo żałuję mojego ówczesnego zachowania. Chciałbym w tym momencie przeprosić wszystkich ludzi, którzy poczuli gniew, zacisnęli pięści, zgrzytali zębami, tupali nerwowo stopami, stojąc/siedząc obok mnie, podczas gdy ja rozbijałem się w moim malutkim, dziecięcym wózeczku, turlając się w jego wnętrzu i drąc paszczę wniebogłosy.
No dobra, ale nie o mnie ma być mowa w tej notce. Jako człowiek wierzący w każde święto, w każdą niedzielę udaję się na mszę świętą do kościoła. Składam pięknie ręce do modlitwy, prostuję zgarbioną postawę, śpiewam pieśni kościelne, słucham (a przynajmniej staram się słuchać) kazań, Ewangelii. Tak było i dzisiaj. (Nie)stety musiałem stanąć na zewnątrz budynku, bo wewnątrz brakowało miejsca. No to zająłem pozycję koło poręczy przy schodach prowadzących do wejścia. Zaczyna się. Koło mnie… tak, właśnie to, co myślicie. Koło mnie stoi matka ze swoją przyjaciółką (siostrą? koleżanką? kuzynką? whatever), z córką (w moim wieku; nawet ładna) i małym dzieckiem w wózku. Crap, pomyślałem. Znowu znalazłem się w złym miejscu o złym czasie. Szukam kawałka drewna, żeby odpukać niepokojące mnie myśli. Nie znalazłem. Drży mi lewa ręka. Znienacka rozlega się hałas (łeeeeeeeee! x100). Zgrzytnąłem zębami. (Mama! Mama!) I tutaj brzdęk upadającego na ziemię resoraka i chichot jego mamy. Ksiądz czyta Ewangelię. Próbuję słuchać. Ale ten, za przeproszeniem, bachor tak drze japę (przy okazji upuszczając resoraki), że wyrywam zaledwie strzępki zdań. No i jak tu można być religijnym, kiedy tak mały jeszcze człowiek może uczynić mnie prawdziwym męczennikiem?
Po kilkunastu minutach uspokoił się. Minuta względnego spokoju. Myślę sobie: No, może już będzie można normalnie uczestniczyć we mszy. Ale gdzież tam. Kiedy ten mały blondas był cicho, zaczęły ryczeć dzieci z innych części kościoła. I to tak, że skutecznie zagłuszały słowa wygłaszane przez kapłana (który przecież mówił do mikrofonu, a głośnik nie znajdował się znowu tak daleko ode mnie). Zacisnąłem pięści, ale musiałem dotrwać do końca. Dobrze, że przynajmniej podczas procesji był taki harmider, że już nie byłem w stanie słyszeć ich płaczu/chichrania. Aff.
Ja nie wiem, czy mam mieć nadzieję, że przyrost naturalny stanie się na tyle niski, że nie będzie już na ulicach widać małych bachorów. Nie wiem. Polubić ich jakoś nie potrafię, chyba że po prostu się nie staram. Może jestem jakiś dziwny, może zbyt ostro je traktuję. Może to są w końcu tylko dzieci.