Archiwum kategorii ‘Nonsens’

Wpis o niczym.

24 listopad, 2008

Marność nad marnościami, wszystko marność… te słowa niczym natrętny diabeł ostatnio ciągle skaczą mi od ucha do ucha, atakując i robiąc z mojego mózgu galaretę.  Wszystko zaczęło tracić swój sens, życie przecieka mi przez palce niczym woda, która zawsze znajdzie swoje ujście. Chciałbym jej się napić, ale niestety jakaś moc nieludzka nie pozwala mi otworzyć spragnionych ust, skazując mnie na pragnienie. Tak, pragnę żyć, jednak nie mogę, nie umiem, nie potrafię przezwyciężyć tego fatum, które nade mną ciąży. Nie wiem, czym jest to spowodowane, ale wiem, że to nie może tak dalej trwać. Potrzebuję zmiany, ktoś albo coś musi mnie przesadzić do bardziej urodzajnej ziemi, w którą zapuszczę korzenie, by potem podlewany wodą życia i obdarowany ciepłem i światłem miłości w końcu rosnąć, rozkwitać i żyć pełnią życia. Jednak nie jestem w stanie nikogo zawołać na pomoc, muszę tylko korzystać z tego, co mam i cierpliwie czekać, aż ktoś mnie zauważy. Obawiam się tylko, że ten ktoś wyrwie mnie niczym kwiatka zerwanego na polance, by się nim trochę nacieszyć a potem wyrzucić i odejść obojętnie, skazując mnie na zgubę.

A może mój los leży tylko i wyłącznie w moich rękach? Nie wiem, chyba nie chcę, by tak było. Tyle w mej głowie jest pokładów energii, które w tej chwili skrywane są dobrze, by nie marnować ich niepotrzebnie. Nie wiem, na co tę energię mam przeznaczać. Czy słuchać podpowiedzi bliskich, którzy stale doradzają skupienie się na edukacji i ukończeniu studiów? A co po tym? Czy zdobycie tytułów czyni mnie osobą dobrą, inteligentną i nadającą się do podjęcia pracy? Czy to nie marnowanie potencjału i czasu, w którym mógłbym go rozwinąć? A może od razu rzucić szkołę i podjąć się pracy? Tak, to brzmi chyba dla mnie odpowiednio. Ale czy to dobry sposób na realizowanie swoich celów? Oczywiście, zdobyłbym trochę kasy, nauczyłbym się też odpowiedzialności i samodzielności, ale czy to odpowiedni moment?

Myślałem też nad wybraniem pustelniczego życia. W sumie to by mi odpowiadało – życie bez cywilizacji, bez ludzi którzy wymagaliby ode mnie dostosowania do ich norm i praw, mając nieskończenie wiele czasu na filozoficzne przemyślenia i osiąganie doskonałości fizyczno-mentalnej. W zasadzie z cywilizacji wyniósłbym sprzęt odtwarzający muzykę.

Słuchawki są już moim nałogiem, bez grającej z niej muzyki czuję się nieswojo, gdy miałem z nimi dłuższe rozstanie to po ponownym przepływie dźwięków przez uszy dostałem niesamowitego kopa, niczym po narkotyku; skakałem, biegałem, śmiałem się ze wszystkiego, czułem, że żyję. Nie wyobrażam sobie w tej chwili jakiegokolwiek spaceru bez empetrójki pod ręką. Jeżeli ktoś by mnie spytał, czy gdybym miał do wyboru oślepnąć lub ogłuchnąć, bez wachania wolałbym utracić wzrok.

Wracając do życia pustelniczego, w zasadzie już w tej chwili po części takie życie prowadzę. Jestem typowym introwertykiem. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony będę niczym ten kwiat, który nie jest w stanie zawołać swojego ogrodnika, dopóki nie zostanie przez niego zauważony. Jednak dzięki temu czuję, że jestem zupełnie niezależny i potrafię samodzielnie brnąć przez życie.

Powoli tracę wenę. Dzisiaj nie jestem w swoim najlepszym nastroju, cały obolały i zmęczony. Mam ochotę na jakąś zmianę w życiu, by zabić monotonię. Stawiam już w tym kierunku małe kroczki, ale coś mi podświadomie mówi, że z rozpędzeniem się muszę poczekać. Jak to wszystko wyjdzie? Sądzę, że dla mnie to, co nadchodzi, będzie korzystne. Jestem dobrej myśli. To pierwszy krok do sukcesu.

Wspomnienia z wakacji

15 marzec, 2008

Wysoki, szczupły blondyn o włosach sięgających ramion szybkim krokiem przemierzał bruk krakowskich ulic, bezpardonowo stąpając twardymi butami po głębokich kałużach, które, mówiąc zupełnie bez przesady, były wielkości małych stawów, jakie ten osobnik mógł zobaczyć w czasie ostatnich wakacji w miejsach o wilgotnym klimacie, dla niego stanowiących prawdziwe oazy, chociaż na pewno tak nie było.

Mężczyzna ten bardzo tęsknił do tego błogiego czasu wypoczynku – tęsknił tak, iż sam, chociaż lubił zabawy słowem i był w tym dobry, nie potrafił tego uczucia słowami wyrazić. Upojne, rozluźniające mięśnie ciepło, relaksujący widok bezchmurnego nieba; a na plaży dający ulgę chłodny wiatr, gorący piasek przyjemnie mrowiący plecy, parasol rzucający zbawienny cień na sylwetkę naszego protagonisty. I to słońce, piękne, cudowne słońce, swym łagodnym blaskiem delikatnie grzejące spragnioną kąpieli słonecznej tłuszczę.

I samotne wyprawy pływackie do oddalonej od brzegu boi ratunkowej, smak słonej wody w ustach, który, zamiast budzić wstręt, pieścił podniebienie wytrwałego bohatera, pływaka i nurka, bez krzty lęku zostawiającego piaszczysty brzeg kilometr za sobą, tych wszystkich mięczaków, którzy bali się nawet myśleć o zanurzeniu się głębiej niż do pasa. I to poczucie, że dokonało się heroicznego wyczynu, kiedy zmęczonymi od machania rękami chwytało się ostrego jak kolce róży brzegu boi, kalecząc własne palce, pokonując napływające z impetem dwumetrowe fale morskie. Jednak w takim momencie ten drobny ból w ogóle się nie liczył – liczył się sam fakt dokonania czegoś tak wspaniałego, czegoś, czego nikt przed nim i nikt za nim nie odważył się uczynić, chyba że poszedł na łatwiznę i zwyczajnie podpłynął łodzią motorową. I to napięcie i buzujące hormony, kiedy, dryfując swobodnie przy boi, człowiek rozgląda się wkoło, widząc wokół siebie nagie, ostre, strome skały, daleko za sobą niewyraźne sylwetki rozstawionych parasoli i wylegujących się na kocach ludzi, a przed sobą bezkresy oceanu… znikający za widnokręgiem pas falującej lekko, błękitnej wody, od której odbija się figlarnymi połyskami wiszące wysoko na straży ludzkości słońce, które, chcąc objąć blondyna swymi złotymi, rozkosznie ciepłymi mackami, nie może tego jednak zrobić, gdyż leniwie pluskająca z nim woda umiejętnie neutralizuje oszałamiający upał, łechcąc całe jego ciało przyjemnie chłodnymi strugami niebieskiej cieczy, źródła wszego życia.

A potem czeka go powrót, kolejna porcja wysiłku, która jednak da więcej pożytku niż szkody, zahartuje jego ciało, a potem euforia rodziny i przyjaciół na widok przybycia marnotrawnego syna, całego i zdrowego, który poświęcił na pastwę losu wszystkich, których kocha, aby poczuć na swoich dłoniach dotyk chropowatej boi, ten cudowny dotyk… Ale wie, że chociaż dzisiejszy sen już prysł, poczucie wolności, emocje rozpłynęły się, to przecież cała ekipa już nastawia się na powrót w to miejsce nazajutrz. Oznacza to, że będzie miał wspaniałą okazję przeżyć wszystko ponownie jutro, napełnić swego ducha tryumfem, radością i poczuciem sukcesu, a wieczorem wspólnie celebrować spędzone wcześniej chwile wraz ze wszystkimi, których prawdziwie szanuje i których towarzystwo potęguje jeszcze wezbrane w nim pokłady szczęścia.

Mężczyzna otrząsnął się z zamyślenia. Jego wizja powoli zyskiwała na ostrości. Uświadomił sobie, że stoi na szarym, kamiennym chodniku, popękanym ze starości i z zimna, który biegł wzdłuż ściany ogromnego, brunatnego budynku. Wiał nieprzyjemny wicher, a na rozwichrzoną czuprynę bohatera padał rzęsisty deszcz. Po swojej prawej stronie blondyn zobaczył mknące gdzieś w pośpiechu samochody, oślepiające blaskiem reflektorów. Był już późny wieczór, a jego rodzina na pewno niecierpliwiła się i martwiła, że jeszcze nie ma go w domu. Spojrzał niespokojnie na zegarek – dochodziło wpół do dziesiątej. A to oznaczało, że właśnie spóźnił się na ostatni autobus do domu… Przez swój sentymentalizm.

* Zupełnie nie mam pojęcia, skąd pomysł na tę krótką powiastkę przyszedł mi do głowy. I to akurat na tym blogu. Chyba po prostu wpadło mi nagle do głowy wspomnienie ostatnich wakacji, kiedy odkurzałem ten stary cmentarz w poszukiwaniu nowych notek.
** Powyższa opowieść jest BARDZO luźno oparta na autentycznych faktach. Po pierwsze, przedstawiona sytuacja umiejscowiona późnym wieczorem gdzieś w Krakowie nigdy się nie wydarzyła. Po prostu szukałem odpowiednich okoliczności, które mogłyby sprowokować intensywne przemyślenia i przywołać wspomnienia. Co do magicznej wyprawy nad morze, jak jest to opisane w dosyć obszernie ujętej retrospekcji, to owszem, przeżywałem w ostatnie wakacje podobnej maści “przygody”, ale muszę szczerze przyznać, że dostarczyły mi one przyjemność jedynie w bardzo ograniczonym stopniu, a niekiedy doprowadziły nawet do frustracji. Tak więc aspekt psychologiczny tego opowiadania jest mocno podkoloryzowany. (aby dodać sytuacji dramatyzmu!)

Ciąg dalszy ciągu dalszego.

27 październik, 2007

Witam, witam ponownie, po powtórnej długiej przerwie. Ach, kiedy piszę te słowa, z każdym następnym cichym stuknięciem klawiatury pod naciskiem palców, wzrasta mi tętno, rośnie ciśnienie, gromadzą się od dawna tłumione emocje, zafascynowanie maskowane od kilku miesięcy, emanuje dziecięca radość wynikająca z prowadzenia tej cudownej machiny, jaką jest blog internetowy. Nie jestem pewien, ale chyba się powtarzam, podobnej maści wstęp na pewno udało Wam się przeczytać w poprzedniej notce, napisanej tak dawno, że sam zdążyłem zapomnieć jej treść (ale odświeżyłem dziś pamięć, żeby nie było). Niemniej, jak uważam, jest to uczucie godne opisania przynajmniej w kilku zdaniach. Warto mu poświęcić parę linijek wstępu, to się nie będę musiał specjalnie wysilać na jakieś rozbudowane epitety, dotyczące bieżących spraw polityki albo pogody.

Ale à propos pogody. Mróz zaczyna doskwierać, krople deszczu z coraz większym impetem uderzają o kostki miejskiego bruku, rozsądni kierowcy zaczynają używać wycieraczek, takoż rozsądni piesi odkurzają rzucone w kąt parasole i poczynają czynić z nich właściwy użytek, jak przystało właściwemu parasolowi. Przeciwdeszczowe kurtki i grube, długie płaszcze uśmiechają się, mogąc wreszcie ujrzeć świat zewnętrzny, uwolnić się z zamkniętej na siedem spustów szafy, popatrzeć radośnie na szarawe chmury, na ledwo już widoczne słońce, w malutkim tylko stopniu przebijające się przez zasłonę listopadowego klimatu, nastroju melancholii, zimna, deszczu; nieprzemakalne buty z rozkoszą oddają się misternej praktyce stąpania po mokrej posadzce, jak rytuałowi powtarzanemu w kółko, co roku, na jesień i na zimę. Gdzie tylko nie sięgniesz uchem, tam słychać miły, łagodny plusk stóp nurzających się w głębokich kałużach, pozostałościach po ulewie, która zdarzyła się parę godzin, a może parę dni temu.

Nie ukrywam, taki stan rzeczy niepomiernie mi się podoba. Temperatura utrzymująca się w granicach 5-15 stopni Celsjusza niezmiernie mnie satysfakcjonuje i wprowadza w niejaki komfort. Deszcz (słucham Raindrops keep falling on my head), wbrew pozorom, też się może czasem człowiekowi przydać, pomóc mu się odświeżyć, rozjaśnić jego ciemne myśli, przyśnięty, otępiały mózg. A słońce? Słońce też musi sobie kiedyś odpocząć. Moim skromnym zdaniem, ostatnie miesiące roku to dla niego idealna pora. No i my, jakby na to nie patrzeć, również musimy odpocząć od słońca. Kiedy tylko przypomnę sobie letnie upały, bezchmurne niebo, brud i pot, oparzenia słoneczne, ciepły piasek, dzikie plaże, to już mnie, z całym szacunkiem mówiąc, mdli, i, prawdę mówiąc, ani trochę nie żałuję tego, że ta okropnie wyczerpująca dla mojego organizmu pora roku już się skończyła. Dlaczego tak jest, dlaczego wymagania mam wywrócone o 180 stopni względem reszty ludzkości, dlaczego mnie pociąga to, co innych odrzuca, jest dla mnie kolejną z zagwozdek, następną nieodgadnioną sprawą, zagadnieniem enigmatycznym, godnym najprzedniejszych helleńskich filozofów.

Niemniej, właśnie doszedłem do wniosku, że nie warto się nad tym specjalnie zastanawiać, chociaż kwestia pogody posłużyć może jako luźny temat do wieczornych przemyśleń, z herbatą w łapie, ze zmęczonymi, obolałymi plecami opartymi o puszystą poduszkę, postawioną w pozycji pionowej.

Straciłem wenę.
Do zobaczenia.

Nieodgadnione zagadki umysłu, ciąg dalszy

11 lipiec, 2007

W zasadzie to o tym blogu nie pamiętałbym i dzisiaj, ale rozmyślając na poważne tematy, o ludzkiej egzystencji, o życiu, o śmierci, o naszych umysłach, oraz o tym, że u mnie świeci słoneczko, a gdzie indziej pada deszcz, coś uderzyło w mą czaszkę z porażającą siłą – tak, to świadomość, że jeszcze jestem w posiadaniu tego bloga. Ta myśl wpadła do głowy tak nagle, z takim impetem, że sam byłem przez siebie zaskoczony. Blog. Blog! Moja ostoja, gdzie mogę wylać swoje żale, swoje problemy i zawsze zostanę należycie pocieszony chociażby w komentarzach lub na IRCu przez moich kochanych netowych kolegów. Jak kiedyś mówiłem, to miłe uczucie.

Sprawy bieżące, przychodzące mi na myśl przed rozpoczęciem pisania właściwej notki – wakacje. Do nudy jestem przyzwyczajony, więc bezczynne spędzanie czasu mi niestraszne!

Okej, brzuch mnie trochę boli, więc nie mam ochoty się zbytnio rozpisywać. Przejdę już do sedna dzisiejszej notki, a mianowicie drzemek w ciągu dnia. Tak, snu w ciągu dnia, który chyba po kres swych dni będę nazywał przeklętym. Dlaczego? Chyba nie tylko ja cierpię w ten sposób. Myślę, że potraficie doskonale mnie zrozumieć. Kiedy nie mam co robić, potrafię na przykład oprzeć się na miękkim łóżeczku, biorąc w łapę jakąś interesującą książkę, na którą od dawna miałem chętkę. Otwieram ją z zapałem i zabieram się do czytania. Moje oczy wręcz garną się do pochłaniania kolejnych literek, kolejnych słów, kolejnych zdań! Czuję, że dziś nie usnę, jak podczas każdego podobnego przypadku. Dzisiaj się nie dam podłemu umysłowi, który pragnie rozwiać mą świadomość! Kawał papieru, który trzymam w ręce, jest zbyt ciekawy. Tak, stanowczo zbyt ciekawy. Więc czytam dalej.
Akcja się rozwija. Nie ma znaczenia, że co chwila jestem zmuszony czytać raz jeszcze daną stronę, bo nie zrozumiałem ni jednego słowa. Nie ma znaczenia, że głowa wymyka się i opada na puszyste, komfortowe poduszki. Nagle cała sceneria, w jakiej tkwię, wszystkie wyobrażenia, jakie w tej chwili posiadam, zmieniają się o 180 stopni. Oczy zamykają się same. Śnię o niebieskich migdałach, tak, sen to porządna rzecz, w czym mi to zaszkodzi?

Ciemność. Przychodzi otrzeźwienie. Na powrót zaczynam rozumować, co się wokół mnie dzieje. Otwieram oczęta, rozglądam się wokół z pozycji mięciutkich poduszeczek. Czuję się spocony, gorąco mi, mam ochotę uderzyć łbem o najbliższy, koniecznie twardy obiekt (ściana idealnie się do tego nadaje, spróbujcie kiedyś; polecam!). Czuję wilgoć na czole. Podnoszę się, pragnąc udać się do rodziny (no dobra, nie do rodziny; do komputera). Odczuwam skok ciśnienia, to okropne uczucie. Ślepniesz, robi ci się jeszcze cieplej, zaczyna kręcić w głowie, jeszcze bardziej się pocisz. I w podobnym odurzeniu-zamuleniu tkwię jeszcze z godzinkę-dwie. Po tym czasie zaczyna stopniowo przechodzić i czuję się lepiej (ej, ale ta ściana naprawdę pomaga; od kolegi słyszałem, że w razie podobnej sytuacji warto łyknąć browar).

Dlaczego po przespanej nocy coś takiego się nie dzieje? Dlaczego tylko w dzień? Jestem ZMUSZONY nie spać, kiedy słońce widnieje na nieboskłonie. Mój umysł zmusza mnie do tego. Za każdym razem, kiedy przebywam w miejscu, w którym istnieje ryzyko zaśnięcia, hamuję się. Ale z drugiej strony… to silniejsze ode mnie. Kiedy ogarnia mnie senność, pogrążam się, moja świadomość odpływa bardzo, bardzo daleko, zostawiając mnie śpiącego przeklętemu losowi. Będę się nad tym na pewno zastanawiać; kiedy skończę, dam Wam znać, drodzy czytelnicy. Tymczasem do szybkiego zobaczenia, które może nie nastąpić, niestety.

Bohater tragiczny

8 czerwiec, 2007

Dzisiaj (trochę wcześniej), kiedy wieszałem pranie na ogródku, naszła mnie pewna refleksja. Oczywiście, jak każdy w podobnej sytuacji, rozmyślałem o Gwiezdnych Wojnach. Akurat byłem przy Anakinie Skywalkerze aka Lord Vader, kiedy dotarło do mnie, jak tragicznym bohaterem on jest (bądź jest on).  Że jest w ogóle, wie nawet wikipedia. Ale jego tragizm nie jest zapisany w snach, które pokazują smutną przyszłość i wyborach, które podejmuje, by nie stało się jej zadość. Nie chodzi nawet o to, że jego losem kierują potężniejsi od niego. To spotyka wszystkie postacie filmowe. Tragizm Anakina polega na tym, że ową smutną przyszłość posiadał wcześniej, niż szansę jej zmiany. Inni wydają się ją mieć . Anakin natomiast, w chwili kiedy Qui-Gon Jinn znajduje go na rodzinnej planecie, jest już przeznaczony Ciemnej Stronie Mocy, już nie może zmienić tego, że stanie się Lordem Vaderem, chociaż jeszcze nie wie, jak do tego dojdzie. Myślę, że jako bohater takiej rangi został bardzo skrzywdzony przez twórców Gwiezdnych Wojen. Inteligentny chłopiec, przystojny młodzieniec? Mrocznym Jedi był wcześniej. Zanim dostał zielony miecz, używał czerwonego. I nadal nie możemy mu pomóc.

Pokolenie internetu – jakie ono jest?

8 czerwiec, 2007

Ostatnio wielką sensację robi filmik, w którym pewien mężczyzna umieszcza przemówienie o tym, że szuka dziewczyny. Jako, że moja matka zajmuje się psychologią, spytałem jej, co sądzi o tym człowieku. Ku zdziwieniu, usłyszałem odpowiedź “[śmiech] ja zajmuję się psychologią ludzką, a nie żywych maszyn!”. Zastanawiałem się długo nad tą odpowiedzią, i naszły mnie pewne refleksje. Czy potęga internetu naprawdę robi z ludzi podłączone do komputera nośniki organów? Czy wypacza to ludzką psychikę, wypłukując mózg z umiejętności kontaktu z drugim osobnikiem gatunku? Z jednej strony często się słyszy o tym, że ludzie umierają przed komputerami, inni traktują je jak obiekt mocnego pożądania, którego nikt nie może skrzywdzić bez doznania obrażeń z powodu otrzymania ciosu krzesłem czy innymi, pozorycznie niegroźnymi przedmiotami. Tacy ludzie zaczynają odcinać się od rzeczywistości, tracą kontakt z najbliższymi, pojęcie “party” kojarzy się w większości wyprawą na wykonanie questa w MMO, a wszelką florę i faunę znają tylko z Wikipedii. Zwykle, gdy wspomina się o “komputerowcach”, kreuje się obraz człowieka, który 24h/dobe naświetla się przed monitorem, odciętego od ludzkości, znającego słońce tylko z legend i pojedyńczych wiązek światła, które przenikają przez żaluzje (o ile w pokoju znajduje się okno). Bardziej rzeczywisty obraz, to rozwydrzone nastolatki, które w wyniku procesu sweetowości zaczynają tworzyć nowe reguły pisowni j. polskiego, których iloraz inteligencji nie przewyższa IQ przeciętnego, domowego kwiatu stojącego na parapecie. Jednak z drugiej strony, to są też zupełnie cywilizowani ludzie, dla których internet jest formą komunikacji między przyjaciółmi poznanymi w “real life”,  a jeżeli już kogoś poznają przez internet, to prędzej czy później się spotykają. Ludzie, którzy wyszukują w internetowych encyklopediach informacji niezbędnych do wykonania pracy do szkoły, by potem umówić się ze znajomymi na piwko. Zastanawia mnie, w którym momencie życia decyduje się, czy ktoś będzie traktował komputer jako przydatne urządenie, czy raczej jak integralną część swojej egzystencji. Mam nadzieję, że nigdy nie wpadnę w sidła krzemowego diabła, który zje moją duszę, i zrobi ze mnie warzywko, które nie będzie rosło, dopóki nie dostanie trochę światła monitora.