Archiwum kategorii ‘Negatyw’

Tragizm pełnoletności.

23 luty, 2008

Od zawsze bulwersowała mnie pewna sprawa, której tragizmu wydaje się nie dostrzegać wszelkie społeczeństwo. Dużo już jest sztucznych ograniczeń swobód i wolności, jednak większości taki stan rzeczy – ku mojemu zdziwieniu – odpowiada. Chodzi o magiczne bariery wiekowe, które powodują, że gdy kładziemy się spać, jesteśmy jeszcze w świetle prawa dzieckiem, a gdy budzimy się, jesteśmy już w pełni dorośli i bierzemy za siebie pełną odpowiedzialność. Oczywiście są osoby, które z tego powodu nie śpią, czekając na coś w rodzaju św. Mikołaja, ale ku ich zdziwieniu nie zauważają absolutnie żadnej zmiany. Gdyby w ostatni dzień grudnia nikt nie odpalał fajerwerek, zapewne znalazłyby się osoby, które byłyby przekonane, że aktualnie jest jeszcze rok 2007, albo 2006. To jest właśnie fenomen, gdy wszystko wywraca się do góry nogami, chociaż w zasadzie nic się nie dzieje.

Zastanawia mnie, dlaczego próg pełnoletności ustawiono w takich sztywnych ramach? Przecież nie każdy nadaje się do bycia pełnoletnim akurat w osiemnaste urodziny, z drugiej strony są na pewno tacy, którzy są bardziej pełnoletni, niż nie jeden normalny pełnoletni, chociaż nie mają jeszcze wymaganego wieku. Wszak chyba każdy zna stare jak świat przysłowie, że nie liczy się wiek, a przebieg? Przez ten głupi limit wiekowy wiele osób zostaje skrzywdzona i ograbiona z podstawowych praw człowieka, gdy nie mogą normalnie zakupić butelki piwa na umilenie wieczoru lub gdy muszą klikać “nie wchodzę”, gdy strona informuje, że wejście na nią przeznaczone jest dla osób, które ukończyły 18 lat, a to wszystko przez to, że jakaś kobieta pokaże sutka.

Myślałem nad możliwymi rozwiązaniami tej jakże bulwersującej sprawy, czego owocem jest pomysł wprowadzenia testu pełnoletności. Nie, to nie byłby drugi test dojrzałości, który swoją drogą z wykazywaniem dojrzałości ma tyle wspólnego, co termometr z mierzeniem prędkości samochodów jadących ulicami. Cała idea polega na tym, że osoba, która uważa, że jest już pełnoletnia, stawiałaby się w odpowiedniej siedzibie, w której by się rejestrowała. Po tym do takiej osoby zostałby przydzielony obserwator, który działałby bez świadomości zdającego. W tym czasie obserwator śledziłby, jak żyje osoba zdająca, włączając w to przygotowane zdarzenia, np. zostawienie na ulicy portfela w celu sprawdzenia reakcji zdającego. Jeżeli coś budziłoby zastrzeżenia u obserwatora, to zdający musiałby zaliczyć kilka testów wewnętrznych. Ale już mi się nie chce rozpisywać. W ten sposób każdy mógłby się sprawdzić, czy jest pełnoletni, a w zamian za pomyślnie zdany test pełnoletnia już osoba otrzymywałaby order, dyplom i zdjęcie pamiątkowe. Proste, a jakie genialne…

Nie chce mi się już pisać. Pijcie mleko.

Wakacje – im hatin’ it.

11 czerwiec, 2007

Powoli, nieubłaganie, zbliża się czas wakacji. Nie ma co zaprzeczać, w pewnych kategoriach jest to czas błogi (zakończenie roku szkolnego, przesunięcię się linii aktywności w dniu o 2-3h do przodu). Na dworzu zazwyczaj jest gorąco, na ulicach można spotkać skąpo ubrane (lecz nie zawsze seksowne) dziewczyny, można poświęcać całe dni na swoje ulubione zajęcia. Rodzice zabierają swoje pociechy na wakacje, ewentualnie wysyłają je na kolonie, by w tym czasie np. zadbać o rodzeństwo nań. Jednak nie zawsze to, co na początku wydaje się wspaniałe, właśnie takie jest. To tak jak czasami z dziewczynami (z tyłu – piękna dziewica; z przodu – już mi zwisa). Hordy młodzieży, w czasie wakacji, nie mogą sobie zorganizować czasu, dlatego często wakacje można opisać schematem : klik!

Są też takie grupy młodzieży, które wykorzystują ten czas na intensywne usuwanie toksyn z organizmu, dokonując tego przez spożywanie dużych ilości alkoholu, często przekraczających limit zachowania trzeźwości. Niestety, zazwyczaj wraz z toksynami wycieka spora część mózgu, gdyż tacy osobnicy po spożyciu leku zaczynają mieć zawroty głowy, które powodują upadki. Czesto też, w akcie desperacji, uderzają głową w wszelkie przedmioty, np. drzwi, szafki, ściany, a nawet w napotkane po drodze spodki obcych UFO.

Co prawda tych grup jest tak wiele, że gdybym zaczął je opisywać, to byłbym w stanie wydać wakacyjną encyklopedię zajęć. Są zarówno dobre, jak i złe grupy, a te, które wymieniłem, to tylko zły objaw wakacji. Jednak jest jeszcze jeden, bardziej upierdliwy powód, dla których wakacje kojarzą mi się z koszmarem. Grube, głupie, cholernie denerwujące, gryzące, kłujące i latające. Wiecie, o czy mowa? Tak, chodzi o owady, które budzą się na lato. Doprawdy, te skrzydlate niemiluchy są w stanie popsuć wszystko. Ileż to razy klnąłem na komary, które dobierały się do mnie, wywołując histeryczne wymachy nóg i rąk w mojej osobie. Nie mówiąc o pszczołach i tym podobnych gamoniach, przez które nie można spokojnie zjeśc lub napić się czegokolwiek, bo inaczej się zlatują i wpi******ją się do wszystkiego, co jadalne. W dodatku nadmierny upał, który powoduje, że wytrzymałośc organizmu spada do około 20%.

Jeżeli ktoś przeniesie okres wakacyjny na maj i czerwiec, to osobiście dla niego wykuję i wręczę Nobla, Oscara, i wszystkie inne prestiżowe nagrody. Więcej mi się nie chce pisać, bo idę spać. I o!

Ekspresja emocji przez internet

7 czerwiec, 2007

A teraz troszkę nietypowo. W internetowych znajomościach tkwię już parę lat. Ciągle trafiają się nowi ludzie, niektórzy fajni, niektórzy mniej. Tak, tak, miło jest sobie nawiązać kontakt z ludźmi nawet z całego świata. Spotkasz swojego rówieśnika, kogoś, kto będzie podzielał Twoje zainteresowania, kto będzie miał Twój ulubiony kolor włosów, oczu, miłą, przystojną, uśmiechniętą twarz, męską/kobiecą postawę, będzie jadł na obiad właśnie to, co Ty lubisz, słuchał tej samej muzyki, lubił woń tych samych kwiatów, ten sam napój, tą samą markę samochodów, ściany w jego pokoju będą takie, jak w Twoim, może będzie akurat mieszkał w miejscu, które od dawna chciałeś poznać, i będzie skłonny Ci o nim opowiedzieć. Do tej skromnej listy pożądanych cech u nowego (nie)znajomego w moim przypadku wypadałoby jeszcze dodać: będzie używał tych samych emotek, co ja. Może to dziwnie zabrzmiało, ale rzeczywiście niekiedy odnoszę nieprzyjemne wrażenie widząc niektóre emotki, zdarzy mi się nawet ocenić człowieka po buźce albo innym smajlu, którego napisze. Kiedy na ekranie forum, GG, IRCa albo innego czata pojawia się takie na przykład xD, =) albo ;q, zaczynają świerzbić mnie ręce i odczuwam nieodpartą chęć zdzielenia osoby piszącej te znaczki (albo chociaż monitora) mocno z mojej piąstki (cóż z tego, że słabej, chęci też się liczą). Pytanie brzmi: dlaczego? W czym mi to wadzi? Czy to ten wyraz twarzy mi tak przeszkadza? A może to nie przez uśmieszek, tylko przez konkretną osobę? Może to skryta do niej niechęć? To chyba kwestia gustu i przyzwyczajenia. No bo rzeczywiście, rozmawiając trzy lata w towarzystwie zachowującym się dokładnie tak samo, jak ja i używając tylko wyspecjalizowanych, wyrabianych długi, długi czas emotek i w ogóle całego stylu pisania można nie ścierpieć choćby niewielkich od tego odstępstw. (Tutaj jeszcze wspomnę o związanym z tym kolejnym frapującym mnie problemie: większa niż jeden liczba wykrzykników i pytajników na końcu zdania, a także stawianie spacji przed każdym znakiem zapytania, przecinkiem itp. – argh!). Ale dokładnych przyczyn owego specyficznego obrzydzenia nie jestem w stanie tu napisać, to kolejna z zagwozdek mojego dotąd niezbadanego umysłu. Ale żeby zakończyć optymistycznym akcentem: wierzę, że wszyscy, którzy używają tandetnych, lamerskich, n00bowskich emotek, w prawdziwym życiu podpasowaliby się pod mój styl i nawiązalibyśmy wzajemne przyjazne stosunki.

Młodsze pokolenie

7 czerwiec, 2007

Dzisiaj Boże Ciało. Jestem już po mszy św., po procesji. Pogoda dopisała. Słoneczko widnieje na niebie, emanując milutkim ciepłem, wieje lekki wiaterek, trawa, kwiatki sobie rosną, ludzie ubierają się coraz skąpiej, popijam sobie zimną wodę, wyjętą prosto z lodówki. Wiosna pełną parą. Wszyscy powinniśmy się cieszyć! [Tylko wstrętne, bzyczące, grube owady psują ten wspaniały wiosenny raj. (wczoraj, tak z ciekawości, liczyłem liczbę moich owadzich fragów przez około półtorej godziny; wyszło 26)].

Ja także jestem z tego powodu szczęśliwy. Szczególnie, że praktycznie zaczęły się wakacje. Wolne (2 miesiące! Mrrr), koniec szkoły (wreszcie!) i te sprawy. No i super. Ale, ale, nie ma tak pięknie. Małe dzieci (w dziecięcych wózkach) zaczęły opuszczać swoje domowe zacisza i wylegać na ulice z rozchichotanymi matkami i ich przyjaciółkami (i zabawkami), co z łatwością może spowodować u mnie rozstrój nerwowy. Nie wiem czemu, ale ja jakoś tak nie lubię młodszych. Kiedy mówię o tym Mamie, ciągle powtarza mi: Synu, ty też taki kiedyś byłeś!, po czym rozlega się ironiczny śmiech. Tak, wiem, też taki byłem. Ale człowiek z wiekiem dorasta. Teraz na przykład bardzo żałuję mojego ówczesnego zachowania. Chciałbym w tym momencie przeprosić wszystkich ludzi, którzy poczuli gniew, zacisnęli pięści, zgrzytali zębami, tupali nerwowo stopami, stojąc/siedząc obok mnie, podczas gdy ja rozbijałem się w moim malutkim, dziecięcym wózeczku, turlając się w jego wnętrzu i drąc paszczę wniebogłosy.

No dobra, ale nie o mnie ma być mowa w tej notce. Jako człowiek wierzący w każde święto, w każdą niedzielę udaję się na mszę świętą do kościoła. Składam pięknie ręce do modlitwy, prostuję zgarbioną postawę, śpiewam pieśni kościelne, słucham (a przynajmniej staram się słuchać) kazań, Ewangelii. Tak było i dzisiaj. (Nie)stety musiałem stanąć na zewnątrz budynku, bo wewnątrz brakowało miejsca. No to zająłem pozycję koło poręczy przy schodach prowadzących do wejścia. Zaczyna się. Koło mnie… tak, właśnie to, co myślicie. Koło mnie stoi matka ze swoją przyjaciółką (siostrą? koleżanką? kuzynką? whatever), z córką (w moim wieku; nawet ładna) i małym dzieckiem w wózku. Crap, pomyślałem. Znowu znalazłem się w złym miejscu o złym czasie. Szukam kawałka drewna, żeby odpukać niepokojące mnie myśli. Nie znalazłem. Drży mi lewa ręka. Znienacka rozlega się hałas (łeeeeeeeee! x100). Zgrzytnąłem zębami. (Mama! Mama!) I tutaj brzdęk upadającego na ziemię resoraka i chichot jego mamy. Ksiądz czyta Ewangelię. Próbuję słuchać. Ale ten, za przeproszeniem, bachor tak drze japę (przy okazji upuszczając resoraki), że wyrywam zaledwie strzępki zdań. No i jak tu można być religijnym, kiedy tak mały jeszcze człowiek może uczynić mnie prawdziwym męczennikiem?
Po kilkunastu minutach uspokoił się. Minuta względnego spokoju. Myślę sobie: No, może już będzie można normalnie uczestniczyć we mszy. Ale gdzież tam. Kiedy ten mały blondas był cicho, zaczęły ryczeć dzieci z innych części kościoła. I to tak, że skutecznie zagłuszały słowa wygłaszane przez kapłana (który przecież mówił do mikrofonu, a głośnik nie znajdował się znowu tak daleko ode mnie). Zacisnąłem pięści, ale musiałem dotrwać do końca. Dobrze, że przynajmniej podczas procesji był taki harmider, że już nie byłem w stanie słyszeć ich płaczu/chichrania. Aff.

Ja nie wiem, czy mam mieć nadzieję, że przyrost naturalny stanie się na tyle niski, że nie będzie już na ulicach widać małych bachorów. Nie wiem. Polubić ich jakoś nie potrafię, chyba że po prostu się nie staram. Może jestem jakiś dziwny, może zbyt ostro je traktuję. Może to są w końcu tylko dzieci.

Cześć.

6 czerwiec, 2007

Dziwna chęć mnie naszła na tę notkę. Muzyka włączona (Shakin’ Dudi – Au sza la la la, sprawdźcie to przy okazji, niezłe), rękawy bluzy podwinięte, blizna na lewej dłoni, zmęczone oczy, lekko zaokrąglony brzuszek, ciut mocniej bijące serce, język sparzony gorącą herbatą już od kilku godzin, samoczynnie podrygująca noga, pociągający co jakiś czas nos (przeklęta choroba), dłonie stukające rytmicznie w klawiaturę, wypisując tekst, który własnie widzicie, od czasu do czasu robiąc sobie przerwę i pocierając brodę. (Teraz leci Caramell – Caramelldansen.) Swoją drogą, dziwna to sprawa z tą nogą. Podryguje bez przerwy. Starałem się owo zjawisko opanować. Ale to już tak weszło w rytm mojego życia, że kiedy tylko siądę na krześle/czymkolwiek, zaczynam nią poruszać, przeważnie zupełnie bez świadomości. Kiedy o tym pomyślę, zaczyna mnie to irytować. Ale co poradzić? To jak tykanie wskazówki sekundowej w zegarze. Jeśli ma noga nie podryguje, jeśli choć na chwilę zatrzymam ten skrzętnie pracujący mechanizm, okropnie cierpnę pod kolanem. Niekiedy odnoszę wrażenie, że choćby się waliło i paliło, mięśnie pracowałyby dalej. Czegokolwiek nie robię, to się dzieje. Ciągle się powtarza. Dotychczas aż tak o tym nie myślałem, ale zgarbiony, oparty łokciami na biurku przy monitorze, koło połyskującej lampki, totalnie znudzony, zostałem przygnieciony tą refleksją. Dobrze, że właśnie powstał ten blogasek, mogłem wylać tu swoje żale, to całkiem miłe uczucie.