Wysoki, szczupły blondyn o włosach sięgających ramion szybkim krokiem przemierzał bruk krakowskich ulic, bezpardonowo stąpając twardymi butami po głębokich kałużach, które, mówiąc zupełnie bez przesady, były wielkości małych stawów, jakie ten osobnik mógł zobaczyć w czasie ostatnich wakacji w miejsach o wilgotnym klimacie, dla niego stanowiących prawdziwe oazy, chociaż na pewno tak nie było.
Mężczyzna ten bardzo tęsknił do tego błogiego czasu wypoczynku – tęsknił tak, iż sam, chociaż lubił zabawy słowem i był w tym dobry, nie potrafił tego uczucia słowami wyrazić. Upojne, rozluźniające mięśnie ciepło, relaksujący widok bezchmurnego nieba; a na plaży dający ulgę chłodny wiatr, gorący piasek przyjemnie mrowiący plecy, parasol rzucający zbawienny cień na sylwetkę naszego protagonisty. I to słońce, piękne, cudowne słońce, swym łagodnym blaskiem delikatnie grzejące spragnioną kąpieli słonecznej tłuszczę.
I samotne wyprawy pływackie do oddalonej od brzegu boi ratunkowej, smak słonej wody w ustach, który, zamiast budzić wstręt, pieścił podniebienie wytrwałego bohatera, pływaka i nurka, bez krzty lęku zostawiającego piaszczysty brzeg kilometr za sobą, tych wszystkich mięczaków, którzy bali się nawet myśleć o zanurzeniu się głębiej niż do pasa. I to poczucie, że dokonało się heroicznego wyczynu, kiedy zmęczonymi od machania rękami chwytało się ostrego jak kolce róży brzegu boi, kalecząc własne palce, pokonując napływające z impetem dwumetrowe fale morskie. Jednak w takim momencie ten drobny ból w ogóle się nie liczył – liczył się sam fakt dokonania czegoś tak wspaniałego, czegoś, czego nikt przed nim i nikt za nim nie odważył się uczynić, chyba że poszedł na łatwiznę i zwyczajnie podpłynął łodzią motorową. I to napięcie i buzujące hormony, kiedy, dryfując swobodnie przy boi, człowiek rozgląda się wkoło, widząc wokół siebie nagie, ostre, strome skały, daleko za sobą niewyraźne sylwetki rozstawionych parasoli i wylegujących się na kocach ludzi, a przed sobą bezkresy oceanu… znikający za widnokręgiem pas falującej lekko, błękitnej wody, od której odbija się figlarnymi połyskami wiszące wysoko na straży ludzkości słońce, które, chcąc objąć blondyna swymi złotymi, rozkosznie ciepłymi mackami, nie może tego jednak zrobić, gdyż leniwie pluskająca z nim woda umiejętnie neutralizuje oszałamiający upał, łechcąc całe jego ciało przyjemnie chłodnymi strugami niebieskiej cieczy, źródła wszego życia.
A potem czeka go powrót, kolejna porcja wysiłku, która jednak da więcej pożytku niż szkody, zahartuje jego ciało, a potem euforia rodziny i przyjaciół na widok przybycia marnotrawnego syna, całego i zdrowego, który poświęcił na pastwę losu wszystkich, których kocha, aby poczuć na swoich dłoniach dotyk chropowatej boi, ten cudowny dotyk… Ale wie, że chociaż dzisiejszy sen już prysł, poczucie wolności, emocje rozpłynęły się, to przecież cała ekipa już nastawia się na powrót w to miejsce nazajutrz. Oznacza to, że będzie miał wspaniałą okazję przeżyć wszystko ponownie jutro, napełnić swego ducha tryumfem, radością i poczuciem sukcesu, a wieczorem wspólnie celebrować spędzone wcześniej chwile wraz ze wszystkimi, których prawdziwie szanuje i których towarzystwo potęguje jeszcze wezbrane w nim pokłady szczęścia.
Mężczyzna otrząsnął się z zamyślenia. Jego wizja powoli zyskiwała na ostrości. Uświadomił sobie, że stoi na szarym, kamiennym chodniku, popękanym ze starości i z zimna, który biegł wzdłuż ściany ogromnego, brunatnego budynku. Wiał nieprzyjemny wicher, a na rozwichrzoną czuprynę bohatera padał rzęsisty deszcz. Po swojej prawej stronie blondyn zobaczył mknące gdzieś w pośpiechu samochody, oślepiające blaskiem reflektorów. Był już późny wieczór, a jego rodzina na pewno niecierpliwiła się i martwiła, że jeszcze nie ma go w domu. Spojrzał niespokojnie na zegarek – dochodziło wpół do dziesiątej. A to oznaczało, że właśnie spóźnił się na ostatni autobus do domu… Przez swój sentymentalizm.
* Zupełnie nie mam pojęcia, skąd pomysł na tę krótką powiastkę przyszedł mi do głowy. I to akurat na tym blogu. Chyba po prostu wpadło mi nagle do głowy wspomnienie ostatnich wakacji, kiedy odkurzałem ten stary cmentarz w poszukiwaniu nowych notek.
** Powyższa opowieść jest BARDZO luźno oparta na autentycznych faktach. Po pierwsze, przedstawiona sytuacja umiejscowiona późnym wieczorem gdzieś w Krakowie nigdy się nie wydarzyła. Po prostu szukałem odpowiednich okoliczności, które mogłyby sprowokować intensywne przemyślenia i przywołać wspomnienia. Co do magicznej wyprawy nad morze, jak jest to opisane w dosyć obszernie ujętej retrospekcji, to owszem, przeżywałem w ostatnie wakacje podobnej maści “przygody”, ale muszę szczerze przyznać, że dostarczyły mi one przyjemność jedynie w bardzo ograniczonym stopniu, a niekiedy doprowadziły nawet do frustracji. Tak więc aspekt psychologiczny tego opowiadania jest mocno podkoloryzowany. (aby dodać sytuacji dramatyzmu!)