Witam, witam ponownie, po powtórnej długiej przerwie. Ach, kiedy piszę te słowa, z każdym następnym cichym stuknięciem klawiatury pod naciskiem palców, wzrasta mi tętno, rośnie ciśnienie, gromadzą się od dawna tłumione emocje, zafascynowanie maskowane od kilku miesięcy, emanuje dziecięca radość wynikająca z prowadzenia tej cudownej machiny, jaką jest blog internetowy. Nie jestem pewien, ale chyba się powtarzam, podobnej maści wstęp na pewno udało Wam się przeczytać w poprzedniej notce, napisanej tak dawno, że sam zdążyłem zapomnieć jej treść (ale odświeżyłem dziś pamięć, żeby nie było). Niemniej, jak uważam, jest to uczucie godne opisania przynajmniej w kilku zdaniach. Warto mu poświęcić parę linijek wstępu, to się nie będę musiał specjalnie wysilać na jakieś rozbudowane epitety, dotyczące bieżących spraw polityki albo pogody.
Ale à propos pogody. Mróz zaczyna doskwierać, krople deszczu z coraz większym impetem uderzają o kostki miejskiego bruku, rozsądni kierowcy zaczynają używać wycieraczek, takoż rozsądni piesi odkurzają rzucone w kąt parasole i poczynają czynić z nich właściwy użytek, jak przystało właściwemu parasolowi. Przeciwdeszczowe kurtki i grube, długie płaszcze uśmiechają się, mogąc wreszcie ujrzeć świat zewnętrzny, uwolnić się z zamkniętej na siedem spustów szafy, popatrzeć radośnie na szarawe chmury, na ledwo już widoczne słońce, w malutkim tylko stopniu przebijające się przez zasłonę listopadowego klimatu, nastroju melancholii, zimna, deszczu; nieprzemakalne buty z rozkoszą oddają się misternej praktyce stąpania po mokrej posadzce, jak rytuałowi powtarzanemu w kółko, co roku, na jesień i na zimę. Gdzie tylko nie sięgniesz uchem, tam słychać miły, łagodny plusk stóp nurzających się w głębokich kałużach, pozostałościach po ulewie, która zdarzyła się parę godzin, a może parę dni temu.
Nie ukrywam, taki stan rzeczy niepomiernie mi się podoba. Temperatura utrzymująca się w granicach 5-15 stopni Celsjusza niezmiernie mnie satysfakcjonuje i wprowadza w niejaki komfort. Deszcz (słucham Raindrops keep falling on my head), wbrew pozorom, też się może czasem człowiekowi przydać, pomóc mu się odświeżyć, rozjaśnić jego ciemne myśli, przyśnięty, otępiały mózg. A słońce? Słońce też musi sobie kiedyś odpocząć. Moim skromnym zdaniem, ostatnie miesiące roku to dla niego idealna pora. No i my, jakby na to nie patrzeć, również musimy odpocząć od słońca. Kiedy tylko przypomnę sobie letnie upały, bezchmurne niebo, brud i pot, oparzenia słoneczne, ciepły piasek, dzikie plaże, to już mnie, z całym szacunkiem mówiąc, mdli, i, prawdę mówiąc, ani trochę nie żałuję tego, że ta okropnie wyczerpująca dla mojego organizmu pora roku już się skończyła. Dlaczego tak jest, dlaczego wymagania mam wywrócone o 180 stopni względem reszty ludzkości, dlaczego mnie pociąga to, co innych odrzuca, jest dla mnie kolejną z zagwozdek, następną nieodgadnioną sprawą, zagadnieniem enigmatycznym, godnym najprzedniejszych helleńskich filozofów.
Niemniej, właśnie doszedłem do wniosku, że nie warto się nad tym specjalnie zastanawiać, chociaż kwestia pogody posłużyć może jako luźny temat do wieczornych przemyśleń, z herbatą w łapie, ze zmęczonymi, obolałymi plecami opartymi o puszystą poduszkę, postawioną w pozycji pionowej.
Straciłem wenę.
Do zobaczenia.