Archiwum z lipiec, 2007

Nieodgadnione zagadki umysłu, ciąg dalszy

11 lipiec, 2007

W zasadzie to o tym blogu nie pamiętałbym i dzisiaj, ale rozmyślając na poważne tematy, o ludzkiej egzystencji, o życiu, o śmierci, o naszych umysłach, oraz o tym, że u mnie świeci słoneczko, a gdzie indziej pada deszcz, coś uderzyło w mą czaszkę z porażającą siłą – tak, to świadomość, że jeszcze jestem w posiadaniu tego bloga. Ta myśl wpadła do głowy tak nagle, z takim impetem, że sam byłem przez siebie zaskoczony. Blog. Blog! Moja ostoja, gdzie mogę wylać swoje żale, swoje problemy i zawsze zostanę należycie pocieszony chociażby w komentarzach lub na IRCu przez moich kochanych netowych kolegów. Jak kiedyś mówiłem, to miłe uczucie.

Sprawy bieżące, przychodzące mi na myśl przed rozpoczęciem pisania właściwej notki – wakacje. Do nudy jestem przyzwyczajony, więc bezczynne spędzanie czasu mi niestraszne!

Okej, brzuch mnie trochę boli, więc nie mam ochoty się zbytnio rozpisywać. Przejdę już do sedna dzisiejszej notki, a mianowicie drzemek w ciągu dnia. Tak, snu w ciągu dnia, który chyba po kres swych dni będę nazywał przeklętym. Dlaczego? Chyba nie tylko ja cierpię w ten sposób. Myślę, że potraficie doskonale mnie zrozumieć. Kiedy nie mam co robić, potrafię na przykład oprzeć się na miękkim łóżeczku, biorąc w łapę jakąś interesującą książkę, na którą od dawna miałem chętkę. Otwieram ją z zapałem i zabieram się do czytania. Moje oczy wręcz garną się do pochłaniania kolejnych literek, kolejnych słów, kolejnych zdań! Czuję, że dziś nie usnę, jak podczas każdego podobnego przypadku. Dzisiaj się nie dam podłemu umysłowi, który pragnie rozwiać mą świadomość! Kawał papieru, który trzymam w ręce, jest zbyt ciekawy. Tak, stanowczo zbyt ciekawy. Więc czytam dalej.
Akcja się rozwija. Nie ma znaczenia, że co chwila jestem zmuszony czytać raz jeszcze daną stronę, bo nie zrozumiałem ni jednego słowa. Nie ma znaczenia, że głowa wymyka się i opada na puszyste, komfortowe poduszki. Nagle cała sceneria, w jakiej tkwię, wszystkie wyobrażenia, jakie w tej chwili posiadam, zmieniają się o 180 stopni. Oczy zamykają się same. Śnię o niebieskich migdałach, tak, sen to porządna rzecz, w czym mi to zaszkodzi?

Ciemność. Przychodzi otrzeźwienie. Na powrót zaczynam rozumować, co się wokół mnie dzieje. Otwieram oczęta, rozglądam się wokół z pozycji mięciutkich poduszeczek. Czuję się spocony, gorąco mi, mam ochotę uderzyć łbem o najbliższy, koniecznie twardy obiekt (ściana idealnie się do tego nadaje, spróbujcie kiedyś; polecam!). Czuję wilgoć na czole. Podnoszę się, pragnąc udać się do rodziny (no dobra, nie do rodziny; do komputera). Odczuwam skok ciśnienia, to okropne uczucie. Ślepniesz, robi ci się jeszcze cieplej, zaczyna kręcić w głowie, jeszcze bardziej się pocisz. I w podobnym odurzeniu-zamuleniu tkwię jeszcze z godzinkę-dwie. Po tym czasie zaczyna stopniowo przechodzić i czuję się lepiej (ej, ale ta ściana naprawdę pomaga; od kolegi słyszałem, że w razie podobnej sytuacji warto łyknąć browar).

Dlaczego po przespanej nocy coś takiego się nie dzieje? Dlaczego tylko w dzień? Jestem ZMUSZONY nie spać, kiedy słońce widnieje na nieboskłonie. Mój umysł zmusza mnie do tego. Za każdym razem, kiedy przebywam w miejscu, w którym istnieje ryzyko zaśnięcia, hamuję się. Ale z drugiej strony… to silniejsze ode mnie. Kiedy ogarnia mnie senność, pogrążam się, moja świadomość odpływa bardzo, bardzo daleko, zostawiając mnie śpiącego przeklętemu losowi. Będę się nad tym na pewno zastanawiać; kiedy skończę, dam Wam znać, drodzy czytelnicy. Tymczasem do szybkiego zobaczenia, które może nie nastąpić, niestety.