Archiwum z czerwiec, 2007

Wakacje – im hatin’ it.

11 czerwiec, 2007

Powoli, nieubłaganie, zbliża się czas wakacji. Nie ma co zaprzeczać, w pewnych kategoriach jest to czas błogi (zakończenie roku szkolnego, przesunięcię się linii aktywności w dniu o 2-3h do przodu). Na dworzu zazwyczaj jest gorąco, na ulicach można spotkać skąpo ubrane (lecz nie zawsze seksowne) dziewczyny, można poświęcać całe dni na swoje ulubione zajęcia. Rodzice zabierają swoje pociechy na wakacje, ewentualnie wysyłają je na kolonie, by w tym czasie np. zadbać o rodzeństwo nań. Jednak nie zawsze to, co na początku wydaje się wspaniałe, właśnie takie jest. To tak jak czasami z dziewczynami (z tyłu – piękna dziewica; z przodu – już mi zwisa). Hordy młodzieży, w czasie wakacji, nie mogą sobie zorganizować czasu, dlatego często wakacje można opisać schematem : klik!

Są też takie grupy młodzieży, które wykorzystują ten czas na intensywne usuwanie toksyn z organizmu, dokonując tego przez spożywanie dużych ilości alkoholu, często przekraczających limit zachowania trzeźwości. Niestety, zazwyczaj wraz z toksynami wycieka spora część mózgu, gdyż tacy osobnicy po spożyciu leku zaczynają mieć zawroty głowy, które powodują upadki. Czesto też, w akcie desperacji, uderzają głową w wszelkie przedmioty, np. drzwi, szafki, ściany, a nawet w napotkane po drodze spodki obcych UFO.

Co prawda tych grup jest tak wiele, że gdybym zaczął je opisywać, to byłbym w stanie wydać wakacyjną encyklopedię zajęć. Są zarówno dobre, jak i złe grupy, a te, które wymieniłem, to tylko zły objaw wakacji. Jednak jest jeszcze jeden, bardziej upierdliwy powód, dla których wakacje kojarzą mi się z koszmarem. Grube, głupie, cholernie denerwujące, gryzące, kłujące i latające. Wiecie, o czy mowa? Tak, chodzi o owady, które budzą się na lato. Doprawdy, te skrzydlate niemiluchy są w stanie popsuć wszystko. Ileż to razy klnąłem na komary, które dobierały się do mnie, wywołując histeryczne wymachy nóg i rąk w mojej osobie. Nie mówiąc o pszczołach i tym podobnych gamoniach, przez które nie można spokojnie zjeśc lub napić się czegokolwiek, bo inaczej się zlatują i wpi******ją się do wszystkiego, co jadalne. W dodatku nadmierny upał, który powoduje, że wytrzymałośc organizmu spada do około 20%.

Jeżeli ktoś przeniesie okres wakacyjny na maj i czerwiec, to osobiście dla niego wykuję i wręczę Nobla, Oscara, i wszystkie inne prestiżowe nagrody. Więcej mi się nie chce pisać, bo idę spać. I o!

Bohater tragiczny

8 czerwiec, 2007

Dzisiaj (trochę wcześniej), kiedy wieszałem pranie na ogródku, naszła mnie pewna refleksja. Oczywiście, jak każdy w podobnej sytuacji, rozmyślałem o Gwiezdnych Wojnach. Akurat byłem przy Anakinie Skywalkerze aka Lord Vader, kiedy dotarło do mnie, jak tragicznym bohaterem on jest (bądź jest on).  Że jest w ogóle, wie nawet wikipedia. Ale jego tragizm nie jest zapisany w snach, które pokazują smutną przyszłość i wyborach, które podejmuje, by nie stało się jej zadość. Nie chodzi nawet o to, że jego losem kierują potężniejsi od niego. To spotyka wszystkie postacie filmowe. Tragizm Anakina polega na tym, że ową smutną przyszłość posiadał wcześniej, niż szansę jej zmiany. Inni wydają się ją mieć . Anakin natomiast, w chwili kiedy Qui-Gon Jinn znajduje go na rodzinnej planecie, jest już przeznaczony Ciemnej Stronie Mocy, już nie może zmienić tego, że stanie się Lordem Vaderem, chociaż jeszcze nie wie, jak do tego dojdzie. Myślę, że jako bohater takiej rangi został bardzo skrzywdzony przez twórców Gwiezdnych Wojen. Inteligentny chłopiec, przystojny młodzieniec? Mrocznym Jedi był wcześniej. Zanim dostał zielony miecz, używał czerwonego. I nadal nie możemy mu pomóc.

Pokolenie internetu – jakie ono jest?

8 czerwiec, 2007

Ostatnio wielką sensację robi filmik, w którym pewien mężczyzna umieszcza przemówienie o tym, że szuka dziewczyny. Jako, że moja matka zajmuje się psychologią, spytałem jej, co sądzi o tym człowieku. Ku zdziwieniu, usłyszałem odpowiedź “[śmiech] ja zajmuję się psychologią ludzką, a nie żywych maszyn!”. Zastanawiałem się długo nad tą odpowiedzią, i naszły mnie pewne refleksje. Czy potęga internetu naprawdę robi z ludzi podłączone do komputera nośniki organów? Czy wypacza to ludzką psychikę, wypłukując mózg z umiejętności kontaktu z drugim osobnikiem gatunku? Z jednej strony często się słyszy o tym, że ludzie umierają przed komputerami, inni traktują je jak obiekt mocnego pożądania, którego nikt nie może skrzywdzić bez doznania obrażeń z powodu otrzymania ciosu krzesłem czy innymi, pozorycznie niegroźnymi przedmiotami. Tacy ludzie zaczynają odcinać się od rzeczywistości, tracą kontakt z najbliższymi, pojęcie “party” kojarzy się w większości wyprawą na wykonanie questa w MMO, a wszelką florę i faunę znają tylko z Wikipedii. Zwykle, gdy wspomina się o “komputerowcach”, kreuje się obraz człowieka, który 24h/dobe naświetla się przed monitorem, odciętego od ludzkości, znającego słońce tylko z legend i pojedyńczych wiązek światła, które przenikają przez żaluzje (o ile w pokoju znajduje się okno). Bardziej rzeczywisty obraz, to rozwydrzone nastolatki, które w wyniku procesu sweetowości zaczynają tworzyć nowe reguły pisowni j. polskiego, których iloraz inteligencji nie przewyższa IQ przeciętnego, domowego kwiatu stojącego na parapecie. Jednak z drugiej strony, to są też zupełnie cywilizowani ludzie, dla których internet jest formą komunikacji między przyjaciółmi poznanymi w “real life”,  a jeżeli już kogoś poznają przez internet, to prędzej czy później się spotykają. Ludzie, którzy wyszukują w internetowych encyklopediach informacji niezbędnych do wykonania pracy do szkoły, by potem umówić się ze znajomymi na piwko. Zastanawia mnie, w którym momencie życia decyduje się, czy ktoś będzie traktował komputer jako przydatne urządenie, czy raczej jak integralną część swojej egzystencji. Mam nadzieję, że nigdy nie wpadnę w sidła krzemowego diabła, który zje moją duszę, i zrobi ze mnie warzywko, które nie będzie rosło, dopóki nie dostanie trochę światła monitora.

Ekspresja emocji przez internet

7 czerwiec, 2007

A teraz troszkę nietypowo. W internetowych znajomościach tkwię już parę lat. Ciągle trafiają się nowi ludzie, niektórzy fajni, niektórzy mniej. Tak, tak, miło jest sobie nawiązać kontakt z ludźmi nawet z całego świata. Spotkasz swojego rówieśnika, kogoś, kto będzie podzielał Twoje zainteresowania, kto będzie miał Twój ulubiony kolor włosów, oczu, miłą, przystojną, uśmiechniętą twarz, męską/kobiecą postawę, będzie jadł na obiad właśnie to, co Ty lubisz, słuchał tej samej muzyki, lubił woń tych samych kwiatów, ten sam napój, tą samą markę samochodów, ściany w jego pokoju będą takie, jak w Twoim, może będzie akurat mieszkał w miejscu, które od dawna chciałeś poznać, i będzie skłonny Ci o nim opowiedzieć. Do tej skromnej listy pożądanych cech u nowego (nie)znajomego w moim przypadku wypadałoby jeszcze dodać: będzie używał tych samych emotek, co ja. Może to dziwnie zabrzmiało, ale rzeczywiście niekiedy odnoszę nieprzyjemne wrażenie widząc niektóre emotki, zdarzy mi się nawet ocenić człowieka po buźce albo innym smajlu, którego napisze. Kiedy na ekranie forum, GG, IRCa albo innego czata pojawia się takie na przykład xD, =) albo ;q, zaczynają świerzbić mnie ręce i odczuwam nieodpartą chęć zdzielenia osoby piszącej te znaczki (albo chociaż monitora) mocno z mojej piąstki (cóż z tego, że słabej, chęci też się liczą). Pytanie brzmi: dlaczego? W czym mi to wadzi? Czy to ten wyraz twarzy mi tak przeszkadza? A może to nie przez uśmieszek, tylko przez konkretną osobę? Może to skryta do niej niechęć? To chyba kwestia gustu i przyzwyczajenia. No bo rzeczywiście, rozmawiając trzy lata w towarzystwie zachowującym się dokładnie tak samo, jak ja i używając tylko wyspecjalizowanych, wyrabianych długi, długi czas emotek i w ogóle całego stylu pisania można nie ścierpieć choćby niewielkich od tego odstępstw. (Tutaj jeszcze wspomnę o związanym z tym kolejnym frapującym mnie problemie: większa niż jeden liczba wykrzykników i pytajników na końcu zdania, a także stawianie spacji przed każdym znakiem zapytania, przecinkiem itp. – argh!). Ale dokładnych przyczyn owego specyficznego obrzydzenia nie jestem w stanie tu napisać, to kolejna z zagwozdek mojego dotąd niezbadanego umysłu. Ale żeby zakończyć optymistycznym akcentem: wierzę, że wszyscy, którzy używają tandetnych, lamerskich, n00bowskich emotek, w prawdziwym życiu podpasowaliby się pod mój styl i nawiązalibyśmy wzajemne przyjazne stosunki.

Dzień dobry…

7 czerwiec, 2007

…Nazywam się Remigiusz, i pochodzę z Siedlec. Jestem nowym blogowiczem na tym blogu, gdyż moje komentarze zostały docenione przez panów Adama i Piotra. Serdecznie dziękuję za zaufanie, będę starał się utrzymywać, a nawet podnosić poziom pisanek umieszczanych na stronie.

Może trochę krótko o mnie : Mam 16 lat, urodziłem się w grudniu 1990 roku, i od tego czasu mieszkam w Siedlcach, miejscowości średniej wielkości, jednak nadal nie jestem w stanie zapamiętać nazw większości ulic. Mam 172 centymetry wysokości i niebieskie oczy. Z zawodu jestem uczniem, jednak mimo tak odpowiedzialnej i czasochłonnej pracy, znajduję czas na myślenie. Interesuję się przede wszystkim dziewczynami (chociaż niektórzy chłopcy też mi się podobają, ale raczej nie chciałbym z nimi spółkować), rozwojem fizycznym (uwielbiam, gdy moi rówieśnicy zazdroszczą mi kondycji i siły), muzyką (jak wspominałem w komentarzach, słucham Hip-Hopu, a w szczególności Verby) oraz tzw. beatboxem (czyli wykonywaniem różnorakich sekwencji pierdnięć, bęknięć i plunięć, w celu uzyskania pewnej jednolitej melodii). Moje ulubione dania to głównie wszystko, co zawiera pieczarki, jednak nie pogardzę też makaronizmami. Nie biorę narkotyków, ponieważ za podobną cenę można kupić alkohol, który wywołuje ten sam efekt, jednak jest mniej szkodliwy, i starcza na dłużej. Ideał mojej drugiej połówki jest zamieszczony na tym zdjęciu.

Jeżeli ktoś chce mnie bliżej poznać, proszę zostawić w komentarzu numer gadu-gadu i zdjęcię, być może odpiszę.

Młodsze pokolenie

7 czerwiec, 2007

Dzisiaj Boże Ciało. Jestem już po mszy św., po procesji. Pogoda dopisała. Słoneczko widnieje na niebie, emanując milutkim ciepłem, wieje lekki wiaterek, trawa, kwiatki sobie rosną, ludzie ubierają się coraz skąpiej, popijam sobie zimną wodę, wyjętą prosto z lodówki. Wiosna pełną parą. Wszyscy powinniśmy się cieszyć! [Tylko wstrętne, bzyczące, grube owady psują ten wspaniały wiosenny raj. (wczoraj, tak z ciekawości, liczyłem liczbę moich owadzich fragów przez około półtorej godziny; wyszło 26)].

Ja także jestem z tego powodu szczęśliwy. Szczególnie, że praktycznie zaczęły się wakacje. Wolne (2 miesiące! Mrrr), koniec szkoły (wreszcie!) i te sprawy. No i super. Ale, ale, nie ma tak pięknie. Małe dzieci (w dziecięcych wózkach) zaczęły opuszczać swoje domowe zacisza i wylegać na ulice z rozchichotanymi matkami i ich przyjaciółkami (i zabawkami), co z łatwością może spowodować u mnie rozstrój nerwowy. Nie wiem czemu, ale ja jakoś tak nie lubię młodszych. Kiedy mówię o tym Mamie, ciągle powtarza mi: Synu, ty też taki kiedyś byłeś!, po czym rozlega się ironiczny śmiech. Tak, wiem, też taki byłem. Ale człowiek z wiekiem dorasta. Teraz na przykład bardzo żałuję mojego ówczesnego zachowania. Chciałbym w tym momencie przeprosić wszystkich ludzi, którzy poczuli gniew, zacisnęli pięści, zgrzytali zębami, tupali nerwowo stopami, stojąc/siedząc obok mnie, podczas gdy ja rozbijałem się w moim malutkim, dziecięcym wózeczku, turlając się w jego wnętrzu i drąc paszczę wniebogłosy.

No dobra, ale nie o mnie ma być mowa w tej notce. Jako człowiek wierzący w każde święto, w każdą niedzielę udaję się na mszę świętą do kościoła. Składam pięknie ręce do modlitwy, prostuję zgarbioną postawę, śpiewam pieśni kościelne, słucham (a przynajmniej staram się słuchać) kazań, Ewangelii. Tak było i dzisiaj. (Nie)stety musiałem stanąć na zewnątrz budynku, bo wewnątrz brakowało miejsca. No to zająłem pozycję koło poręczy przy schodach prowadzących do wejścia. Zaczyna się. Koło mnie… tak, właśnie to, co myślicie. Koło mnie stoi matka ze swoją przyjaciółką (siostrą? koleżanką? kuzynką? whatever), z córką (w moim wieku; nawet ładna) i małym dzieckiem w wózku. Crap, pomyślałem. Znowu znalazłem się w złym miejscu o złym czasie. Szukam kawałka drewna, żeby odpukać niepokojące mnie myśli. Nie znalazłem. Drży mi lewa ręka. Znienacka rozlega się hałas (łeeeeeeeee! x100). Zgrzytnąłem zębami. (Mama! Mama!) I tutaj brzdęk upadającego na ziemię resoraka i chichot jego mamy. Ksiądz czyta Ewangelię. Próbuję słuchać. Ale ten, za przeproszeniem, bachor tak drze japę (przy okazji upuszczając resoraki), że wyrywam zaledwie strzępki zdań. No i jak tu można być religijnym, kiedy tak mały jeszcze człowiek może uczynić mnie prawdziwym męczennikiem?
Po kilkunastu minutach uspokoił się. Minuta względnego spokoju. Myślę sobie: No, może już będzie można normalnie uczestniczyć we mszy. Ale gdzież tam. Kiedy ten mały blondas był cicho, zaczęły ryczeć dzieci z innych części kościoła. I to tak, że skutecznie zagłuszały słowa wygłaszane przez kapłana (który przecież mówił do mikrofonu, a głośnik nie znajdował się znowu tak daleko ode mnie). Zacisnąłem pięści, ale musiałem dotrwać do końca. Dobrze, że przynajmniej podczas procesji był taki harmider, że już nie byłem w stanie słyszeć ich płaczu/chichrania. Aff.

Ja nie wiem, czy mam mieć nadzieję, że przyrost naturalny stanie się na tyle niski, że nie będzie już na ulicach widać małych bachorów. Nie wiem. Polubić ich jakoś nie potrafię, chyba że po prostu się nie staram. Może jestem jakiś dziwny, może zbyt ostro je traktuję. Może to są w końcu tylko dzieci.

Nieznajomości (part one)

6 czerwiec, 2007

Założenie bloga w tak niezwykłych okolicznościach sprawiło, że wpadła mi do głowy dziwna myśl. Chyba nawet wcześniej kryła się w którejś z szarych komórek, ale tych szarych szarością dnia powszedniego, których normalnie nie zauważamy. Kiedyś jednak ten dzień musiał nadejść. Dlatego piszę to właśnie teraz, bo jutro święto. Może nawet bym zapomniał. A dalej już będzie na temat.

Internet utworzył w moim życiu (a także w wielu innych) nową grupę ludzi – nieznajomych. Nieznajomi to inni internauci, których nie poznajemy spędzając czas w sieci. Nowych nieznajomych można sobie przyswoić na różne sposoby. Najprostszym jest zupełnie niepochwalane przeze mnie szukanie ludzi w katalogu Gadu-Gadu. Po co to komu? Pisze nagle do mnie nieznajomy, które chcąc nie chcąc, muszę nie poznać. Oczywiście mógłbym nie wypełnić danych i znalezienie mnie byłoby niemożliwe, ale co to za frajda, skoro mieć dane Michała Anioła i śmiać się, kiedy nieznajomi piszą do mnie po włosku przynajmniej raz w tygodni. Przyznam się, że nie poznałem w ten sposób paru osób, z którymi utrzymuję nieznajomość, ale zawsze byłem stroną bierną. Wolę jednak zawierać nieznajomości, kiedy mam ku temu jakikolwiek powód. Ponad dwa lata temu tworzyłem komiks internetowy. Bardzo krótki czas jego istnienia pozwolił mi nie poznać innego początkującego twórce komiksowego, który zresztą równie szybko skończył. Ale on przynajmniej potrafił rysować. Połączyła nas więc wspólna pasja. Nie poznałem wielu innych nieznajomych w podobnych, bądź zupełnie różnych od tej sytuacjach. Ludzie, z którymi rozmawiam, których mogę lubić bądź nie, z którymi dzielę się pomysłami i wszczynam różne inicjatywy, ludzie, którzy mogliby być moimi znajomymi, gdyby nie to, że ich nie znam. Internet jest dla ludzkości wciąż niezrozumiały, więc będę poruszać temat nieznajomości również w przyszłości.

Cześć.

6 czerwiec, 2007

Dziwna chęć mnie naszła na tę notkę. Muzyka włączona (Shakin’ Dudi – Au sza la la la, sprawdźcie to przy okazji, niezłe), rękawy bluzy podwinięte, blizna na lewej dłoni, zmęczone oczy, lekko zaokrąglony brzuszek, ciut mocniej bijące serce, język sparzony gorącą herbatą już od kilku godzin, samoczynnie podrygująca noga, pociągający co jakiś czas nos (przeklęta choroba), dłonie stukające rytmicznie w klawiaturę, wypisując tekst, który własnie widzicie, od czasu do czasu robiąc sobie przerwę i pocierając brodę. (Teraz leci Caramell – Caramelldansen.) Swoją drogą, dziwna to sprawa z tą nogą. Podryguje bez przerwy. Starałem się owo zjawisko opanować. Ale to już tak weszło w rytm mojego życia, że kiedy tylko siądę na krześle/czymkolwiek, zaczynam nią poruszać, przeważnie zupełnie bez świadomości. Kiedy o tym pomyślę, zaczyna mnie to irytować. Ale co poradzić? To jak tykanie wskazówki sekundowej w zegarze. Jeśli ma noga nie podryguje, jeśli choć na chwilę zatrzymam ten skrzętnie pracujący mechanizm, okropnie cierpnę pod kolanem. Niekiedy odnoszę wrażenie, że choćby się waliło i paliło, mięśnie pracowałyby dalej. Czegokolwiek nie robię, to się dzieje. Ciągle się powtarza. Dotychczas aż tak o tym nie myślałem, ale zgarbiony, oparty łokciami na biurku przy monitorze, koło połyskującej lampki, totalnie znudzony, zostałem przygnieciony tą refleksją. Dobrze, że właśnie powstał ten blogasek, mogłem wylać tu swoje żale, to całkiem miłe uczucie.

Druga rata

6 czerwiec, 2007

Nie spodziewałem się, że kolejna notka przytrafi się tak prędko, na szczęście jednak będzie krótka. Do ekipy dołącza nowy kolega, Tomek, i naturalnie wywołuje to ogólną radość.

Witaj, świecie!

6 czerwiec, 2007

Założyłem tego bloga, ale na razie nie znam powodów i celów. Raczej nie wpłynął na to fakt, że w słuchawkach mam 5G, a za moimi plecami brat rozmawia z kolegą, chyba nawet o rowerach. Z wiadomości ogólnych powiem, że bloga będę prowadził razem z nieznajomym z Krakowa, zdaję się z Piotrem, o czym nie chciał wiedzieć Łukasz (ja natomiast jestem Adam). Skoro nie wiem jeszcze o czym, to nie będę się rozpisywał. Zapraszam jedynie do odwiedzania – może kiedyś będzie ciekawie.