Marność nad marnościami, wszystko marność… te słowa niczym natrętny diabeł ostatnio ciągle skaczą mi od ucha do ucha, atakując i robiąc z mojego mózgu galaretę. Wszystko zaczęło tracić swój sens, życie przecieka mi przez palce niczym woda, która zawsze znajdzie swoje ujście. Chciałbym jej się napić, ale niestety jakaś moc nieludzka nie pozwala mi otworzyć spragnionych ust, skazując mnie na pragnienie. Tak, pragnę żyć, jednak nie mogę, nie umiem, nie potrafię przezwyciężyć tego fatum, które nade mną ciąży. Nie wiem, czym jest to spowodowane, ale wiem, że to nie może tak dalej trwać. Potrzebuję zmiany, ktoś albo coś musi mnie przesadzić do bardziej urodzajnej ziemi, w którą zapuszczę korzenie, by potem podlewany wodą życia i obdarowany ciepłem i światłem miłości w końcu rosnąć, rozkwitać i żyć pełnią życia. Jednak nie jestem w stanie nikogo zawołać na pomoc, muszę tylko korzystać z tego, co mam i cierpliwie czekać, aż ktoś mnie zauważy. Obawiam się tylko, że ten ktoś wyrwie mnie niczym kwiatka zerwanego na polance, by się nim trochę nacieszyć a potem wyrzucić i odejść obojętnie, skazując mnie na zgubę.
A może mój los leży tylko i wyłącznie w moich rękach? Nie wiem, chyba nie chcę, by tak było. Tyle w mej głowie jest pokładów energii, które w tej chwili skrywane są dobrze, by nie marnować ich niepotrzebnie. Nie wiem, na co tę energię mam przeznaczać. Czy słuchać podpowiedzi bliskich, którzy stale doradzają skupienie się na edukacji i ukończeniu studiów? A co po tym? Czy zdobycie tytułów czyni mnie osobą dobrą, inteligentną i nadającą się do podjęcia pracy? Czy to nie marnowanie potencjału i czasu, w którym mógłbym go rozwinąć? A może od razu rzucić szkołę i podjąć się pracy? Tak, to brzmi chyba dla mnie odpowiednio. Ale czy to dobry sposób na realizowanie swoich celów? Oczywiście, zdobyłbym trochę kasy, nauczyłbym się też odpowiedzialności i samodzielności, ale czy to odpowiedni moment?
Myślałem też nad wybraniem pustelniczego życia. W sumie to by mi odpowiadało – życie bez cywilizacji, bez ludzi którzy wymagaliby ode mnie dostosowania do ich norm i praw, mając nieskończenie wiele czasu na filozoficzne przemyślenia i osiąganie doskonałości fizyczno-mentalnej. W zasadzie z cywilizacji wyniósłbym sprzęt odtwarzający muzykę.
Słuchawki są już moim nałogiem, bez grającej z niej muzyki czuję się nieswojo, gdy miałem z nimi dłuższe rozstanie to po ponownym przepływie dźwięków przez uszy dostałem niesamowitego kopa, niczym po narkotyku; skakałem, biegałem, śmiałem się ze wszystkiego, czułem, że żyję. Nie wyobrażam sobie w tej chwili jakiegokolwiek spaceru bez empetrójki pod ręką. Jeżeli ktoś by mnie spytał, czy gdybym miał do wyboru oślepnąć lub ogłuchnąć, bez wachania wolałbym utracić wzrok.
Wracając do życia pustelniczego, w zasadzie już w tej chwili po części takie życie prowadzę. Jestem typowym introwertykiem. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony będę niczym ten kwiat, który nie jest w stanie zawołać swojego ogrodnika, dopóki nie zostanie przez niego zauważony. Jednak dzięki temu czuję, że jestem zupełnie niezależny i potrafię samodzielnie brnąć przez życie.
Powoli tracę wenę. Dzisiaj nie jestem w swoim najlepszym nastroju, cały obolały i zmęczony. Mam ochotę na jakąś zmianę w życiu, by zabić monotonię. Stawiam już w tym kierunku małe kroczki, ale coś mi podświadomie mówi, że z rozpędzeniem się muszę poczekać. Jak to wszystko wyjdzie? Sądzę, że dla mnie to, co nadchodzi, będzie korzystne. Jestem dobrej myśli. To pierwszy krok do sukcesu.