Wpis o niczym.

24 listopad, 2008 - autor: Pan Pieczarka

Marność nad marnościami, wszystko marność… te słowa niczym natrętny diabeł ostatnio ciągle skaczą mi od ucha do ucha, atakując i robiąc z mojego mózgu galaretę.  Wszystko zaczęło tracić swój sens, życie przecieka mi przez palce niczym woda, która zawsze znajdzie swoje ujście. Chciałbym jej się napić, ale niestety jakaś moc nieludzka nie pozwala mi otworzyć spragnionych ust, skazując mnie na pragnienie. Tak, pragnę żyć, jednak nie mogę, nie umiem, nie potrafię przezwyciężyć tego fatum, które nade mną ciąży. Nie wiem, czym jest to spowodowane, ale wiem, że to nie może tak dalej trwać. Potrzebuję zmiany, ktoś albo coś musi mnie przesadzić do bardziej urodzajnej ziemi, w którą zapuszczę korzenie, by potem podlewany wodą życia i obdarowany ciepłem i światłem miłości w końcu rosnąć, rozkwitać i żyć pełnią życia. Jednak nie jestem w stanie nikogo zawołać na pomoc, muszę tylko korzystać z tego, co mam i cierpliwie czekać, aż ktoś mnie zauważy. Obawiam się tylko, że ten ktoś wyrwie mnie niczym kwiatka zerwanego na polance, by się nim trochę nacieszyć a potem wyrzucić i odejść obojętnie, skazując mnie na zgubę.

A może mój los leży tylko i wyłącznie w moich rękach? Nie wiem, chyba nie chcę, by tak było. Tyle w mej głowie jest pokładów energii, które w tej chwili skrywane są dobrze, by nie marnować ich niepotrzebnie. Nie wiem, na co tę energię mam przeznaczać. Czy słuchać podpowiedzi bliskich, którzy stale doradzają skupienie się na edukacji i ukończeniu studiów? A co po tym? Czy zdobycie tytułów czyni mnie osobą dobrą, inteligentną i nadającą się do podjęcia pracy? Czy to nie marnowanie potencjału i czasu, w którym mógłbym go rozwinąć? A może od razu rzucić szkołę i podjąć się pracy? Tak, to brzmi chyba dla mnie odpowiednio. Ale czy to dobry sposób na realizowanie swoich celów? Oczywiście, zdobyłbym trochę kasy, nauczyłbym się też odpowiedzialności i samodzielności, ale czy to odpowiedni moment?

Myślałem też nad wybraniem pustelniczego życia. W sumie to by mi odpowiadało – życie bez cywilizacji, bez ludzi którzy wymagaliby ode mnie dostosowania do ich norm i praw, mając nieskończenie wiele czasu na filozoficzne przemyślenia i osiąganie doskonałości fizyczno-mentalnej. W zasadzie z cywilizacji wyniósłbym sprzęt odtwarzający muzykę.

Słuchawki są już moim nałogiem, bez grającej z niej muzyki czuję się nieswojo, gdy miałem z nimi dłuższe rozstanie to po ponownym przepływie dźwięków przez uszy dostałem niesamowitego kopa, niczym po narkotyku; skakałem, biegałem, śmiałem się ze wszystkiego, czułem, że żyję. Nie wyobrażam sobie w tej chwili jakiegokolwiek spaceru bez empetrójki pod ręką. Jeżeli ktoś by mnie spytał, czy gdybym miał do wyboru oślepnąć lub ogłuchnąć, bez wachania wolałbym utracić wzrok.

Wracając do życia pustelniczego, w zasadzie już w tej chwili po części takie życie prowadzę. Jestem typowym introwertykiem. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Z jednej strony będę niczym ten kwiat, który nie jest w stanie zawołać swojego ogrodnika, dopóki nie zostanie przez niego zauważony. Jednak dzięki temu czuję, że jestem zupełnie niezależny i potrafię samodzielnie brnąć przez życie.

Powoli tracę wenę. Dzisiaj nie jestem w swoim najlepszym nastroju, cały obolały i zmęczony. Mam ochotę na jakąś zmianę w życiu, by zabić monotonię. Stawiam już w tym kierunku małe kroczki, ale coś mi podświadomie mówi, że z rozpędzeniem się muszę poczekać. Jak to wszystko wyjdzie? Sądzę, że dla mnie to, co nadchodzi, będzie korzystne. Jestem dobrej myśli. To pierwszy krok do sukcesu.

Wspomnienia z wakacji

15 marzec, 2008 - autor: teh0okm

Wysoki, szczupły blondyn o włosach sięgających ramion szybkim krokiem przemierzał bruk krakowskich ulic, bezpardonowo stąpając twardymi butami po głębokich kałużach, które, mówiąc zupełnie bez przesady, były wielkości małych stawów, jakie ten osobnik mógł zobaczyć w czasie ostatnich wakacji w miejsach o wilgotnym klimacie, dla niego stanowiących prawdziwe oazy, chociaż na pewno tak nie było.

Mężczyzna ten bardzo tęsknił do tego błogiego czasu wypoczynku – tęsknił tak, iż sam, chociaż lubił zabawy słowem i był w tym dobry, nie potrafił tego uczucia słowami wyrazić. Upojne, rozluźniające mięśnie ciepło, relaksujący widok bezchmurnego nieba; a na plaży dający ulgę chłodny wiatr, gorący piasek przyjemnie mrowiący plecy, parasol rzucający zbawienny cień na sylwetkę naszego protagonisty. I to słońce, piękne, cudowne słońce, swym łagodnym blaskiem delikatnie grzejące spragnioną kąpieli słonecznej tłuszczę.

I samotne wyprawy pływackie do oddalonej od brzegu boi ratunkowej, smak słonej wody w ustach, który, zamiast budzić wstręt, pieścił podniebienie wytrwałego bohatera, pływaka i nurka, bez krzty lęku zostawiającego piaszczysty brzeg kilometr za sobą, tych wszystkich mięczaków, którzy bali się nawet myśleć o zanurzeniu się głębiej niż do pasa. I to poczucie, że dokonało się heroicznego wyczynu, kiedy zmęczonymi od machania rękami chwytało się ostrego jak kolce róży brzegu boi, kalecząc własne palce, pokonując napływające z impetem dwumetrowe fale morskie. Jednak w takim momencie ten drobny ból w ogóle się nie liczył – liczył się sam fakt dokonania czegoś tak wspaniałego, czegoś, czego nikt przed nim i nikt za nim nie odważył się uczynić, chyba że poszedł na łatwiznę i zwyczajnie podpłynął łodzią motorową. I to napięcie i buzujące hormony, kiedy, dryfując swobodnie przy boi, człowiek rozgląda się wkoło, widząc wokół siebie nagie, ostre, strome skały, daleko za sobą niewyraźne sylwetki rozstawionych parasoli i wylegujących się na kocach ludzi, a przed sobą bezkresy oceanu… znikający za widnokręgiem pas falującej lekko, błękitnej wody, od której odbija się figlarnymi połyskami wiszące wysoko na straży ludzkości słońce, które, chcąc objąć blondyna swymi złotymi, rozkosznie ciepłymi mackami, nie może tego jednak zrobić, gdyż leniwie pluskająca z nim woda umiejętnie neutralizuje oszałamiający upał, łechcąc całe jego ciało przyjemnie chłodnymi strugami niebieskiej cieczy, źródła wszego życia.

A potem czeka go powrót, kolejna porcja wysiłku, która jednak da więcej pożytku niż szkody, zahartuje jego ciało, a potem euforia rodziny i przyjaciół na widok przybycia marnotrawnego syna, całego i zdrowego, który poświęcił na pastwę losu wszystkich, których kocha, aby poczuć na swoich dłoniach dotyk chropowatej boi, ten cudowny dotyk… Ale wie, że chociaż dzisiejszy sen już prysł, poczucie wolności, emocje rozpłynęły się, to przecież cała ekipa już nastawia się na powrót w to miejsce nazajutrz. Oznacza to, że będzie miał wspaniałą okazję przeżyć wszystko ponownie jutro, napełnić swego ducha tryumfem, radością i poczuciem sukcesu, a wieczorem wspólnie celebrować spędzone wcześniej chwile wraz ze wszystkimi, których prawdziwie szanuje i których towarzystwo potęguje jeszcze wezbrane w nim pokłady szczęścia.

Mężczyzna otrząsnął się z zamyślenia. Jego wizja powoli zyskiwała na ostrości. Uświadomił sobie, że stoi na szarym, kamiennym chodniku, popękanym ze starości i z zimna, który biegł wzdłuż ściany ogromnego, brunatnego budynku. Wiał nieprzyjemny wicher, a na rozwichrzoną czuprynę bohatera padał rzęsisty deszcz. Po swojej prawej stronie blondyn zobaczył mknące gdzieś w pośpiechu samochody, oślepiające blaskiem reflektorów. Był już późny wieczór, a jego rodzina na pewno niecierpliwiła się i martwiła, że jeszcze nie ma go w domu. Spojrzał niespokojnie na zegarek – dochodziło wpół do dziesiątej. A to oznaczało, że właśnie spóźnił się na ostatni autobus do domu… Przez swój sentymentalizm.

* Zupełnie nie mam pojęcia, skąd pomysł na tę krótką powiastkę przyszedł mi do głowy. I to akurat na tym blogu. Chyba po prostu wpadło mi nagle do głowy wspomnienie ostatnich wakacji, kiedy odkurzałem ten stary cmentarz w poszukiwaniu nowych notek.
** Powyższa opowieść jest BARDZO luźno oparta na autentycznych faktach. Po pierwsze, przedstawiona sytuacja umiejscowiona późnym wieczorem gdzieś w Krakowie nigdy się nie wydarzyła. Po prostu szukałem odpowiednich okoliczności, które mogłyby sprowokować intensywne przemyślenia i przywołać wspomnienia. Co do magicznej wyprawy nad morze, jak jest to opisane w dosyć obszernie ujętej retrospekcji, to owszem, przeżywałem w ostatnie wakacje podobnej maści “przygody”, ale muszę szczerze przyznać, że dostarczyły mi one przyjemność jedynie w bardzo ograniczonym stopniu, a niekiedy doprowadziły nawet do frustracji. Tak więc aspekt psychologiczny tego opowiadania jest mocno podkoloryzowany. (aby dodać sytuacji dramatyzmu!)

Tragizm pełnoletności.

23 luty, 2008 - autor: Pan Pieczarka

Od zawsze bulwersowała mnie pewna sprawa, której tragizmu wydaje się nie dostrzegać wszelkie społeczeństwo. Dużo już jest sztucznych ograniczeń swobód i wolności, jednak większości taki stan rzeczy – ku mojemu zdziwieniu – odpowiada. Chodzi o magiczne bariery wiekowe, które powodują, że gdy kładziemy się spać, jesteśmy jeszcze w świetle prawa dzieckiem, a gdy budzimy się, jesteśmy już w pełni dorośli i bierzemy za siebie pełną odpowiedzialność. Oczywiście są osoby, które z tego powodu nie śpią, czekając na coś w rodzaju św. Mikołaja, ale ku ich zdziwieniu nie zauważają absolutnie żadnej zmiany. Gdyby w ostatni dzień grudnia nikt nie odpalał fajerwerek, zapewne znalazłyby się osoby, które byłyby przekonane, że aktualnie jest jeszcze rok 2007, albo 2006. To jest właśnie fenomen, gdy wszystko wywraca się do góry nogami, chociaż w zasadzie nic się nie dzieje.

Zastanawia mnie, dlaczego próg pełnoletności ustawiono w takich sztywnych ramach? Przecież nie każdy nadaje się do bycia pełnoletnim akurat w osiemnaste urodziny, z drugiej strony są na pewno tacy, którzy są bardziej pełnoletni, niż nie jeden normalny pełnoletni, chociaż nie mają jeszcze wymaganego wieku. Wszak chyba każdy zna stare jak świat przysłowie, że nie liczy się wiek, a przebieg? Przez ten głupi limit wiekowy wiele osób zostaje skrzywdzona i ograbiona z podstawowych praw człowieka, gdy nie mogą normalnie zakupić butelki piwa na umilenie wieczoru lub gdy muszą klikać “nie wchodzę”, gdy strona informuje, że wejście na nią przeznaczone jest dla osób, które ukończyły 18 lat, a to wszystko przez to, że jakaś kobieta pokaże sutka.

Myślałem nad możliwymi rozwiązaniami tej jakże bulwersującej sprawy, czego owocem jest pomysł wprowadzenia testu pełnoletności. Nie, to nie byłby drugi test dojrzałości, który swoją drogą z wykazywaniem dojrzałości ma tyle wspólnego, co termometr z mierzeniem prędkości samochodów jadących ulicami. Cała idea polega na tym, że osoba, która uważa, że jest już pełnoletnia, stawiałaby się w odpowiedniej siedzibie, w której by się rejestrowała. Po tym do takiej osoby zostałby przydzielony obserwator, który działałby bez świadomości zdającego. W tym czasie obserwator śledziłby, jak żyje osoba zdająca, włączając w to przygotowane zdarzenia, np. zostawienie na ulicy portfela w celu sprawdzenia reakcji zdającego. Jeżeli coś budziłoby zastrzeżenia u obserwatora, to zdający musiałby zaliczyć kilka testów wewnętrznych. Ale już mi się nie chce rozpisywać. W ten sposób każdy mógłby się sprawdzić, czy jest pełnoletni, a w zamian za pomyślnie zdany test pełnoletnia już osoba otrzymywałaby order, dyplom i zdjęcie pamiątkowe. Proste, a jakie genialne…

Nie chce mi się już pisać. Pijcie mleko.

Ciąg dalszy ciągu dalszego.

27 październik, 2007 - autor: teh0okm

Witam, witam ponownie, po powtórnej długiej przerwie. Ach, kiedy piszę te słowa, z każdym następnym cichym stuknięciem klawiatury pod naciskiem palców, wzrasta mi tętno, rośnie ciśnienie, gromadzą się od dawna tłumione emocje, zafascynowanie maskowane od kilku miesięcy, emanuje dziecięca radość wynikająca z prowadzenia tej cudownej machiny, jaką jest blog internetowy. Nie jestem pewien, ale chyba się powtarzam, podobnej maści wstęp na pewno udało Wam się przeczytać w poprzedniej notce, napisanej tak dawno, że sam zdążyłem zapomnieć jej treść (ale odświeżyłem dziś pamięć, żeby nie było). Niemniej, jak uważam, jest to uczucie godne opisania przynajmniej w kilku zdaniach. Warto mu poświęcić parę linijek wstępu, to się nie będę musiał specjalnie wysilać na jakieś rozbudowane epitety, dotyczące bieżących spraw polityki albo pogody.

Ale à propos pogody. Mróz zaczyna doskwierać, krople deszczu z coraz większym impetem uderzają o kostki miejskiego bruku, rozsądni kierowcy zaczynają używać wycieraczek, takoż rozsądni piesi odkurzają rzucone w kąt parasole i poczynają czynić z nich właściwy użytek, jak przystało właściwemu parasolowi. Przeciwdeszczowe kurtki i grube, długie płaszcze uśmiechają się, mogąc wreszcie ujrzeć świat zewnętrzny, uwolnić się z zamkniętej na siedem spustów szafy, popatrzeć radośnie na szarawe chmury, na ledwo już widoczne słońce, w malutkim tylko stopniu przebijające się przez zasłonę listopadowego klimatu, nastroju melancholii, zimna, deszczu; nieprzemakalne buty z rozkoszą oddają się misternej praktyce stąpania po mokrej posadzce, jak rytuałowi powtarzanemu w kółko, co roku, na jesień i na zimę. Gdzie tylko nie sięgniesz uchem, tam słychać miły, łagodny plusk stóp nurzających się w głębokich kałużach, pozostałościach po ulewie, która zdarzyła się parę godzin, a może parę dni temu.

Nie ukrywam, taki stan rzeczy niepomiernie mi się podoba. Temperatura utrzymująca się w granicach 5-15 stopni Celsjusza niezmiernie mnie satysfakcjonuje i wprowadza w niejaki komfort. Deszcz (słucham Raindrops keep falling on my head), wbrew pozorom, też się może czasem człowiekowi przydać, pomóc mu się odświeżyć, rozjaśnić jego ciemne myśli, przyśnięty, otępiały mózg. A słońce? Słońce też musi sobie kiedyś odpocząć. Moim skromnym zdaniem, ostatnie miesiące roku to dla niego idealna pora. No i my, jakby na to nie patrzeć, również musimy odpocząć od słońca. Kiedy tylko przypomnę sobie letnie upały, bezchmurne niebo, brud i pot, oparzenia słoneczne, ciepły piasek, dzikie plaże, to już mnie, z całym szacunkiem mówiąc, mdli, i, prawdę mówiąc, ani trochę nie żałuję tego, że ta okropnie wyczerpująca dla mojego organizmu pora roku już się skończyła. Dlaczego tak jest, dlaczego wymagania mam wywrócone o 180 stopni względem reszty ludzkości, dlaczego mnie pociąga to, co innych odrzuca, jest dla mnie kolejną z zagwozdek, następną nieodgadnioną sprawą, zagadnieniem enigmatycznym, godnym najprzedniejszych helleńskich filozofów.

Niemniej, właśnie doszedłem do wniosku, że nie warto się nad tym specjalnie zastanawiać, chociaż kwestia pogody posłużyć może jako luźny temat do wieczornych przemyśleń, z herbatą w łapie, ze zmęczonymi, obolałymi plecami opartymi o puszystą poduszkę, postawioną w pozycji pionowej.

Straciłem wenę.
Do zobaczenia.

Nieodgadnione zagadki umysłu, ciąg dalszy

11 lipiec, 2007 - autor: teh0okm

W zasadzie to o tym blogu nie pamiętałbym i dzisiaj, ale rozmyślając na poważne tematy, o ludzkiej egzystencji, o życiu, o śmierci, o naszych umysłach, oraz o tym, że u mnie świeci słoneczko, a gdzie indziej pada deszcz, coś uderzyło w mą czaszkę z porażającą siłą – tak, to świadomość, że jeszcze jestem w posiadaniu tego bloga. Ta myśl wpadła do głowy tak nagle, z takim impetem, że sam byłem przez siebie zaskoczony. Blog. Blog! Moja ostoja, gdzie mogę wylać swoje żale, swoje problemy i zawsze zostanę należycie pocieszony chociażby w komentarzach lub na IRCu przez moich kochanych netowych kolegów. Jak kiedyś mówiłem, to miłe uczucie.

Sprawy bieżące, przychodzące mi na myśl przed rozpoczęciem pisania właściwej notki – wakacje. Do nudy jestem przyzwyczajony, więc bezczynne spędzanie czasu mi niestraszne!

Okej, brzuch mnie trochę boli, więc nie mam ochoty się zbytnio rozpisywać. Przejdę już do sedna dzisiejszej notki, a mianowicie drzemek w ciągu dnia. Tak, snu w ciągu dnia, który chyba po kres swych dni będę nazywał przeklętym. Dlaczego? Chyba nie tylko ja cierpię w ten sposób. Myślę, że potraficie doskonale mnie zrozumieć. Kiedy nie mam co robić, potrafię na przykład oprzeć się na miękkim łóżeczku, biorąc w łapę jakąś interesującą książkę, na którą od dawna miałem chętkę. Otwieram ją z zapałem i zabieram się do czytania. Moje oczy wręcz garną się do pochłaniania kolejnych literek, kolejnych słów, kolejnych zdań! Czuję, że dziś nie usnę, jak podczas każdego podobnego przypadku. Dzisiaj się nie dam podłemu umysłowi, który pragnie rozwiać mą świadomość! Kawał papieru, który trzymam w ręce, jest zbyt ciekawy. Tak, stanowczo zbyt ciekawy. Więc czytam dalej.
Akcja się rozwija. Nie ma znaczenia, że co chwila jestem zmuszony czytać raz jeszcze daną stronę, bo nie zrozumiałem ni jednego słowa. Nie ma znaczenia, że głowa wymyka się i opada na puszyste, komfortowe poduszki. Nagle cała sceneria, w jakiej tkwię, wszystkie wyobrażenia, jakie w tej chwili posiadam, zmieniają się o 180 stopni. Oczy zamykają się same. Śnię o niebieskich migdałach, tak, sen to porządna rzecz, w czym mi to zaszkodzi?

Ciemność. Przychodzi otrzeźwienie. Na powrót zaczynam rozumować, co się wokół mnie dzieje. Otwieram oczęta, rozglądam się wokół z pozycji mięciutkich poduszeczek. Czuję się spocony, gorąco mi, mam ochotę uderzyć łbem o najbliższy, koniecznie twardy obiekt (ściana idealnie się do tego nadaje, spróbujcie kiedyś; polecam!). Czuję wilgoć na czole. Podnoszę się, pragnąc udać się do rodziny (no dobra, nie do rodziny; do komputera). Odczuwam skok ciśnienia, to okropne uczucie. Ślepniesz, robi ci się jeszcze cieplej, zaczyna kręcić w głowie, jeszcze bardziej się pocisz. I w podobnym odurzeniu-zamuleniu tkwię jeszcze z godzinkę-dwie. Po tym czasie zaczyna stopniowo przechodzić i czuję się lepiej (ej, ale ta ściana naprawdę pomaga; od kolegi słyszałem, że w razie podobnej sytuacji warto łyknąć browar).

Dlaczego po przespanej nocy coś takiego się nie dzieje? Dlaczego tylko w dzień? Jestem ZMUSZONY nie spać, kiedy słońce widnieje na nieboskłonie. Mój umysł zmusza mnie do tego. Za każdym razem, kiedy przebywam w miejscu, w którym istnieje ryzyko zaśnięcia, hamuję się. Ale z drugiej strony… to silniejsze ode mnie. Kiedy ogarnia mnie senność, pogrążam się, moja świadomość odpływa bardzo, bardzo daleko, zostawiając mnie śpiącego przeklętemu losowi. Będę się nad tym na pewno zastanawiać; kiedy skończę, dam Wam znać, drodzy czytelnicy. Tymczasem do szybkiego zobaczenia, które może nie nastąpić, niestety.

Wakacje – im hatin’ it.

11 czerwiec, 2007 - autor: Pan Pieczarka

Powoli, nieubłaganie, zbliża się czas wakacji. Nie ma co zaprzeczać, w pewnych kategoriach jest to czas błogi (zakończenie roku szkolnego, przesunięcię się linii aktywności w dniu o 2-3h do przodu). Na dworzu zazwyczaj jest gorąco, na ulicach można spotkać skąpo ubrane (lecz nie zawsze seksowne) dziewczyny, można poświęcać całe dni na swoje ulubione zajęcia. Rodzice zabierają swoje pociechy na wakacje, ewentualnie wysyłają je na kolonie, by w tym czasie np. zadbać o rodzeństwo nań. Jednak nie zawsze to, co na początku wydaje się wspaniałe, właśnie takie jest. To tak jak czasami z dziewczynami (z tyłu – piękna dziewica; z przodu – już mi zwisa). Hordy młodzieży, w czasie wakacji, nie mogą sobie zorganizować czasu, dlatego często wakacje można opisać schematem : klik!

Są też takie grupy młodzieży, które wykorzystują ten czas na intensywne usuwanie toksyn z organizmu, dokonując tego przez spożywanie dużych ilości alkoholu, często przekraczających limit zachowania trzeźwości. Niestety, zazwyczaj wraz z toksynami wycieka spora część mózgu, gdyż tacy osobnicy po spożyciu leku zaczynają mieć zawroty głowy, które powodują upadki. Czesto też, w akcie desperacji, uderzają głową w wszelkie przedmioty, np. drzwi, szafki, ściany, a nawet w napotkane po drodze spodki obcych UFO.

Co prawda tych grup jest tak wiele, że gdybym zaczął je opisywać, to byłbym w stanie wydać wakacyjną encyklopedię zajęć. Są zarówno dobre, jak i złe grupy, a te, które wymieniłem, to tylko zły objaw wakacji. Jednak jest jeszcze jeden, bardziej upierdliwy powód, dla których wakacje kojarzą mi się z koszmarem. Grube, głupie, cholernie denerwujące, gryzące, kłujące i latające. Wiecie, o czy mowa? Tak, chodzi o owady, które budzą się na lato. Doprawdy, te skrzydlate niemiluchy są w stanie popsuć wszystko. Ileż to razy klnąłem na komary, które dobierały się do mnie, wywołując histeryczne wymachy nóg i rąk w mojej osobie. Nie mówiąc o pszczołach i tym podobnych gamoniach, przez które nie można spokojnie zjeśc lub napić się czegokolwiek, bo inaczej się zlatują i wpi******ją się do wszystkiego, co jadalne. W dodatku nadmierny upał, który powoduje, że wytrzymałośc organizmu spada do około 20%.

Jeżeli ktoś przeniesie okres wakacyjny na maj i czerwiec, to osobiście dla niego wykuję i wręczę Nobla, Oscara, i wszystkie inne prestiżowe nagrody. Więcej mi się nie chce pisać, bo idę spać. I o!

Bohater tragiczny

8 czerwiec, 2007 - autor: bambuko

Dzisiaj (trochę wcześniej), kiedy wieszałem pranie na ogródku, naszła mnie pewna refleksja. Oczywiście, jak każdy w podobnej sytuacji, rozmyślałem o Gwiezdnych Wojnach. Akurat byłem przy Anakinie Skywalkerze aka Lord Vader, kiedy dotarło do mnie, jak tragicznym bohaterem on jest (bądź jest on).  Że jest w ogóle, wie nawet wikipedia. Ale jego tragizm nie jest zapisany w snach, które pokazują smutną przyszłość i wyborach, które podejmuje, by nie stało się jej zadość. Nie chodzi nawet o to, że jego losem kierują potężniejsi od niego. To spotyka wszystkie postacie filmowe. Tragizm Anakina polega na tym, że ową smutną przyszłość posiadał wcześniej, niż szansę jej zmiany. Inni wydają się ją mieć . Anakin natomiast, w chwili kiedy Qui-Gon Jinn znajduje go na rodzinnej planecie, jest już przeznaczony Ciemnej Stronie Mocy, już nie może zmienić tego, że stanie się Lordem Vaderem, chociaż jeszcze nie wie, jak do tego dojdzie. Myślę, że jako bohater takiej rangi został bardzo skrzywdzony przez twórców Gwiezdnych Wojen. Inteligentny chłopiec, przystojny młodzieniec? Mrocznym Jedi był wcześniej. Zanim dostał zielony miecz, używał czerwonego. I nadal nie możemy mu pomóc.

Pokolenie internetu – jakie ono jest?

8 czerwiec, 2007 - autor: Pan Pieczarka

Ostatnio wielką sensację robi filmik, w którym pewien mężczyzna umieszcza przemówienie o tym, że szuka dziewczyny. Jako, że moja matka zajmuje się psychologią, spytałem jej, co sądzi o tym człowieku. Ku zdziwieniu, usłyszałem odpowiedź “[śmiech] ja zajmuję się psychologią ludzką, a nie żywych maszyn!”. Zastanawiałem się długo nad tą odpowiedzią, i naszły mnie pewne refleksje. Czy potęga internetu naprawdę robi z ludzi podłączone do komputera nośniki organów? Czy wypacza to ludzką psychikę, wypłukując mózg z umiejętności kontaktu z drugim osobnikiem gatunku? Z jednej strony często się słyszy o tym, że ludzie umierają przed komputerami, inni traktują je jak obiekt mocnego pożądania, którego nikt nie może skrzywdzić bez doznania obrażeń z powodu otrzymania ciosu krzesłem czy innymi, pozorycznie niegroźnymi przedmiotami. Tacy ludzie zaczynają odcinać się od rzeczywistości, tracą kontakt z najbliższymi, pojęcie “party” kojarzy się w większości wyprawą na wykonanie questa w MMO, a wszelką florę i faunę znają tylko z Wikipedii. Zwykle, gdy wspomina się o “komputerowcach”, kreuje się obraz człowieka, który 24h/dobe naświetla się przed monitorem, odciętego od ludzkości, znającego słońce tylko z legend i pojedyńczych wiązek światła, które przenikają przez żaluzje (o ile w pokoju znajduje się okno). Bardziej rzeczywisty obraz, to rozwydrzone nastolatki, które w wyniku procesu sweetowości zaczynają tworzyć nowe reguły pisowni j. polskiego, których iloraz inteligencji nie przewyższa IQ przeciętnego, domowego kwiatu stojącego na parapecie. Jednak z drugiej strony, to są też zupełnie cywilizowani ludzie, dla których internet jest formą komunikacji między przyjaciółmi poznanymi w “real life”,  a jeżeli już kogoś poznają przez internet, to prędzej czy później się spotykają. Ludzie, którzy wyszukują w internetowych encyklopediach informacji niezbędnych do wykonania pracy do szkoły, by potem umówić się ze znajomymi na piwko. Zastanawia mnie, w którym momencie życia decyduje się, czy ktoś będzie traktował komputer jako przydatne urządenie, czy raczej jak integralną część swojej egzystencji. Mam nadzieję, że nigdy nie wpadnę w sidła krzemowego diabła, który zje moją duszę, i zrobi ze mnie warzywko, które nie będzie rosło, dopóki nie dostanie trochę światła monitora.

Ekspresja emocji przez internet

7 czerwiec, 2007 - autor: teh0okm

A teraz troszkę nietypowo. W internetowych znajomościach tkwię już parę lat. Ciągle trafiają się nowi ludzie, niektórzy fajni, niektórzy mniej. Tak, tak, miło jest sobie nawiązać kontakt z ludźmi nawet z całego świata. Spotkasz swojego rówieśnika, kogoś, kto będzie podzielał Twoje zainteresowania, kto będzie miał Twój ulubiony kolor włosów, oczu, miłą, przystojną, uśmiechniętą twarz, męską/kobiecą postawę, będzie jadł na obiad właśnie to, co Ty lubisz, słuchał tej samej muzyki, lubił woń tych samych kwiatów, ten sam napój, tą samą markę samochodów, ściany w jego pokoju będą takie, jak w Twoim, może będzie akurat mieszkał w miejscu, które od dawna chciałeś poznać, i będzie skłonny Ci o nim opowiedzieć. Do tej skromnej listy pożądanych cech u nowego (nie)znajomego w moim przypadku wypadałoby jeszcze dodać: będzie używał tych samych emotek, co ja. Może to dziwnie zabrzmiało, ale rzeczywiście niekiedy odnoszę nieprzyjemne wrażenie widząc niektóre emotki, zdarzy mi się nawet ocenić człowieka po buźce albo innym smajlu, którego napisze. Kiedy na ekranie forum, GG, IRCa albo innego czata pojawia się takie na przykład xD, =) albo ;q, zaczynają świerzbić mnie ręce i odczuwam nieodpartą chęć zdzielenia osoby piszącej te znaczki (albo chociaż monitora) mocno z mojej piąstki (cóż z tego, że słabej, chęci też się liczą). Pytanie brzmi: dlaczego? W czym mi to wadzi? Czy to ten wyraz twarzy mi tak przeszkadza? A może to nie przez uśmieszek, tylko przez konkretną osobę? Może to skryta do niej niechęć? To chyba kwestia gustu i przyzwyczajenia. No bo rzeczywiście, rozmawiając trzy lata w towarzystwie zachowującym się dokładnie tak samo, jak ja i używając tylko wyspecjalizowanych, wyrabianych długi, długi czas emotek i w ogóle całego stylu pisania można nie ścierpieć choćby niewielkich od tego odstępstw. (Tutaj jeszcze wspomnę o związanym z tym kolejnym frapującym mnie problemie: większa niż jeden liczba wykrzykników i pytajników na końcu zdania, a także stawianie spacji przed każdym znakiem zapytania, przecinkiem itp. – argh!). Ale dokładnych przyczyn owego specyficznego obrzydzenia nie jestem w stanie tu napisać, to kolejna z zagwozdek mojego dotąd niezbadanego umysłu. Ale żeby zakończyć optymistycznym akcentem: wierzę, że wszyscy, którzy używają tandetnych, lamerskich, n00bowskich emotek, w prawdziwym życiu podpasowaliby się pod mój styl i nawiązalibyśmy wzajemne przyjazne stosunki.

Dzień dobry…

7 czerwiec, 2007 - autor: Pan Pieczarka

…Nazywam się Remigiusz, i pochodzę z Siedlec. Jestem nowym blogowiczem na tym blogu, gdyż moje komentarze zostały docenione przez panów Adama i Piotra. Serdecznie dziękuję za zaufanie, będę starał się utrzymywać, a nawet podnosić poziom pisanek umieszczanych na stronie.

Może trochę krótko o mnie : Mam 16 lat, urodziłem się w grudniu 1990 roku, i od tego czasu mieszkam w Siedlcach, miejscowości średniej wielkości, jednak nadal nie jestem w stanie zapamiętać nazw większości ulic. Mam 172 centymetry wysokości i niebieskie oczy. Z zawodu jestem uczniem, jednak mimo tak odpowiedzialnej i czasochłonnej pracy, znajduję czas na myślenie. Interesuję się przede wszystkim dziewczynami (chociaż niektórzy chłopcy też mi się podobają, ale raczej nie chciałbym z nimi spółkować), rozwojem fizycznym (uwielbiam, gdy moi rówieśnicy zazdroszczą mi kondycji i siły), muzyką (jak wspominałem w komentarzach, słucham Hip-Hopu, a w szczególności Verby) oraz tzw. beatboxem (czyli wykonywaniem różnorakich sekwencji pierdnięć, bęknięć i plunięć, w celu uzyskania pewnej jednolitej melodii). Moje ulubione dania to głównie wszystko, co zawiera pieczarki, jednak nie pogardzę też makaronizmami. Nie biorę narkotyków, ponieważ za podobną cenę można kupić alkohol, który wywołuje ten sam efekt, jednak jest mniej szkodliwy, i starcza na dłużej. Ideał mojej drugiej połówki jest zamieszczony na tym zdjęciu.

Jeżeli ktoś chce mnie bliżej poznać, proszę zostawić w komentarzu numer gadu-gadu i zdjęcię, być może odpiszę.